strona główna
Księga gości
Odwiedziłeś moją stronę? Spodobała Ci się? A może masz jakieś krytyczne uwagi? Wpisz się do KSIĘGI GOŚCI.
Google


Szukaj w sieci
Szukaj w tej witrynie
Kliknij, aby zobaczyć prognozę dla Warszawy.
Strona główna > Nurkowanie > Sipadan
Sipadan.

Mimo iż Sipadan ma zaledwie 12 ha i wydawało się, że można poznać znajdującą się wokół wyspy rafę w parę dni, to jednak rzeczywistość jest zupełnie inna. I jakże wspaniała. To miejsce może się znudzić chyba tylko divemasterom, a i to pewnie po wielu miesiącach, lub latach. Mamy tu wszystko-od najprostszego nurkowania przy brzegu do dryfowania z prądami morskimi, nocnych nurkowań i głębokich ścian. Płytki grzbiet rafy pokryty jest różnobarwnymi koralami, obfitującymi w rafowe ryby, bezkręgowce i żółwie. Ściany porasta gruba warstwa gąbek, wachlarzy morskich, koralowców. Żyją tam także ślimaki nagoskrzelne, kraby i homary. Ławice karanksów, barakudy, sardynele szorstkie i papugoryby wielkogłowe kręcą się w pobliżu, podczas gdy ryby pelagiczne patrolują głębiny.

Na Sipadanie byliśmy w dn. 18-30.06.2001, czyli 12 dni nurkowych. 30-tego wyjeżdżaliśmy po południu, więc o nurkowaniu już nie mogło być mowy (samolot o 17:40, a komunikat No Fly na komputerze dnia poprzedniego był 18h). Nurkowałem 34 razy i kilka razy popływałem z rurką na skraju rafy i urwiska, ale szczerze mówiąc snorkeling przy takiej ilości normalnych nurów nie sprawia już takiej przyjemności. Prawie wszystkie dekompresje i przystanki bezpieczeństwa odbywają się na 3-5m, a więc w tych samych miejscach, które można oglądać z powierzchni. Wrażenia z Sipadanu? Krótko mówiąc: FANTASTYCZNE! Masa żółwi, momentami "na gęsto". Sporo rekinów, praktycznie na każdym nurkowaniu. Niesamowite koralowce, mnóstwo małych i naprawdę dużych ryb. Barrakudy i papugoryby. Ale i dla amatorów makrofotografii wiele ciekawych "drobiazgów".

No ale wróćmy do początku. Do momentu przybycia na Sipadan. Dopływamy mocno zmęczeni, oszołomieni (ha, ha, ileż to razy odpoczywając na werandzie obserwowałem te rozbiegane oczy kolejnych gości wysiadających z motorówki na Sipadan...). Piach, słońce, a my wymrożeni klimą w samolotach i autobusie. Ludzie z bazy szybko wzięli nas w obroty, aby szok nie minął. Sprawdzenie licencji, zakwaterowanie, a za pół godziny próbny nur z Emilem (nasz Divemaster prawie na całą resztę pobytu; na imię miał Emlyn, ale ochrzciliśmy go po naszemu). Kilka minut zajęło nam wyważenie się do pianek 3mm i poszliśmy pod wodę na Drop Offie. Popływaliśmy spokojnie zwiedzając wejście do jaskini, rozejrzeliśmy się po okolicy i było po wszystkim. Test wypadł OK, więc mogliśmy już nurkować tak jak chcemy: z grupą z łodzi lub sami z brzegu. Ta druga możliwość nie była przez nas prawie wykorzystywana, ponieważ pływanie na Drop Offie w porównaniu z innymi, dużo łatwiej dostępnymi z łodzi miejscami, jest mało interesujące. No i musiałem mieć kompana, bo samemu nie wolno, a Piotr, mój towarzysz podróży, niestety okazał się cholernie słabowity i nie nadawał się do pieszych wędrówek (dwa dni w łóżku na antybiotykach; zapalenie oskrzeli; później wznowił działalność i dotrwał do końca). Po nurkowaniu rozpoznawczym i krótkiej przerwie popłynęliśmy łódką na Hanging Garden i razem z grupą zwiedzaliśmy ogrody koralowców wiszących ze ścian (wiadomo, wszystkie nurkowania ze względu na budowę wyspy są nurkowaniami na ścianach; różnica polega tylko na tym, czy wisi się nad 600 m głębią, czy też nad jakąś wystającą półką). Ale się zmachałem. Zmęczony i nakręcony pompowałem z butli na maks. Całe szczęście po kilku dniach zapomniałem o pracy przy kompterze, zacząłem tracić masę i nabierać tężyzny. Co za radocha! Poprawiła się kontrola oddechu, a właściwie oddychałem po to, aby zmieniać pływalność, a nie po to by żyć. Stres przeszedł i "latanie" w toń na kilkadziesiąt metrów stało się naprawdę przyjemne i coraz bardziej wciągające. No i butla 12-stka zaczęła starczać na tyle, że każde nurkowanie mogło być dekompresyjne (RBT>;nodeco). Na koniec pierwszego dnia zanurkowałem z Piotrem z brzegu na Drop Offie i dopiero teraz zaczęło się to co najlepsze. Codziennie 2, 3, lub 4 nury. I każdy inny. Nawet, jeżeli płynęło się po kilka razy w to samo miejsce. Na początku, gdy wybieraliśmy miejsce kolejnego wypadu, to trochę marudziłem, że powtarzamy te same miejsca, bo chciałem "zaliczyć" jak najszybciej wszystko, co jest wokół wyspy. Niepotrzebnie. Najmocniejsza strona Sipadanu to właśnie zmienność i nieprzewidywalność. Za każdym razem do wyspy mogą podpłynąć inne ryby pelagiczne (jak przy ostatnim nurkowaniu na South Point rekiny młoty). Inaczej układa się prąd morski (przypływ, lub odpływ).

Pierwsze nurkowania wyjaśniły przy okazji kilka poważnych kwestii sprzętowych. Otóż w wodzie, która nawet na 60m ma temperaturę 26 st. C, pianka 7 mm jest bezużyteczna. 3 mm jednoczęściowy kombinezon, który kupiłem przed wyjazdem sprawdził się znakomicie. Piszę o tym, ponieważ kilka pytanych przeze mnie osób wcale nie sugerowało zmiany 7-ki na coś lżejszego. Dopiero pod koniec 2 tygodnia zacząłem mieć objawy wychłodzenia zatok czołowych, więc założyłem kominiarkę z neoprenu. Punkt numer dwa. Jacket. Wyskoczyłem w skrzydle Syncro Tech. Na rafę jest bez sensu. Wprawdzie przy głębokich nurach dawał komfort i poczucie bezpieczeństwa, ale na płytkiej wodzie, a w szczególności w jaskini, był za ciężki. Jedną aluminiową butlę 12-tkę można spokojnie podczepić pod coś lżejszego, no i nie trzeba dźwigać takiej landary z samolotu do samolotu. Jak już jestem przy sprzęcie, to mogę powiedzieć posiadaczom komputerów Uwatec Alladin Air Z (z transmiterem), że lampa błyskowa SL 960 aparatu SeaLife ReefMaster SL 515 powoduje czasowe zaniki komunikacji i traci się z wyświetlacza dane na temat ciśnienia w butli. Okresowo co prawda, ale alarmy są nie do zniesienia. Musiałem "przesiąść się" na komputer na wężu (Piotr, dzięki raz jeszcze za użyczenie). Myślałem, że komputer jest "na złom", ale producent zna kilka innych modeli aparatów, które dają taki efekt i umieszcza info na stronie WWW, jak się okazało. Pozostaje oczywiście kwestia, co będzie, jeżeli taki transmiter nawali na "głębokim"? Straciłem zaufanie do tego rozwiązania, chociaż wcześniej byłem zagorzałym gadżeciażem. A sam aparat? Dla kompletnego podwodnego fotografa-dyletanta jest OK. Idiotoodporny i raczej trwały. No ale ludzkie zdjęcia ciężko zrobić. Dołączona lampa oświetla na metr, a minimalna odległość, którą łapie focus, to 1,2 m. Tak więc z bliska się nie da, a dalej wszystko niebieskie. Wszystko za dość grube pieniądze. Producent podaje, że aparat powinien działać do 53m gł., a na 45 nie mogłem kliknąć. Chyba jednak obudowa się za mocno kurczyła, kurczę.... Ostatnia rzecz sprzętowa raczej: w Sipadan Diving Center nie ma nitroxu i ze względu na panujące głębokości na ścianach otaczających Sipadan nie planuje się wprowadzenia takich udogodnień dla nurkujących dużo. Po prostu muszą wystarczyć przerwy między nurami. I chyba wystarczają, bo maks. czas desaturacji nie przekroczył u mnie 30h, a no fly 22.

Zakwaterowani byliśmy w Sipadan Dive Center. Dostaliśmy dwuosobowy domek o nazwie "Sipadan". Z łazienką i dwoma łóżkami do spania. To było całe wyposażenie, ale szczerze mówiąc więcej nie trzeba. Większość dnia spędzało się na nurkowaniach i wylegując się w cieniu. "Rozkład zajęć" w moim przypadku był następujący. Ok. 6-tej rano budziłem się i szedłem pospacerować wokół wyspy. Słońce zaczynało podnosić się nad horyzont. Pusto i spokojnie. Pełny relaks. Mogłem obserwować ptaki buszujące w dżungli i poglądać, gdzie żółwie składały jaja. W tych miejscach były wyraźne ślady płetw i rozkopany piach. Ranki były chłodne, tzn. temp. powietrza wynosiła 27st.C. Ale zawsze można było ogrzać się w wodzie: powyżej 28st.C. Po spacerze grzanka w barze, który był głównym miejscem wypoczynku i rozmów (zadaszony drewniany podest ze stołami i "szwedzkim stołem" postawionym na środku). No i kubek nieśmiertelnej, gorącej czekolady, której wypiłem chyba beczkę. O 8-mej przygotowanie sprzętu, a po krótkiej odprawie, ok. 8:45 wyjazd na nurkowisko. Ok. 10-tej powrót, większe śniadanie (kilka dań do wyboru) i wypoczynek. Czasami na słońcu, ale równikowego żaru nie da się wytrzymać dłuzej niż 15-min bez oparzeń. O 11:30 kolejne nurkowanie. O 13-tej obiad. Tym razem przerwa do 15:30, czyli do ostatniego dziennego nurkowania. Ok. 17-tej kuchnia podawała przekąskę, często coś na słodko, ciasta, naleśniki. Kolacja była o 19-tej, a nocne nurkowania realizowane były o 20:30. Niby wcześnie, ale o tej porze jest już ciemno, lub mocno szaro (zależy od zachmurzenia). Właściwie to niezależnie od tego czy nurkowałem w nocy, czy nie, to po wejściu do domku i umyciu się padałem na łóżko i spałem do rana snem strudzonego wędrowca. Rozkład i intensywność zajęć przypominały obóz kondycyjny i faktycznie, w ciągu 2 tygodni schudłem 6 kg. Ale to jednen z najfajniejszych w tym pobycie efektów ubocznych. Zamiast siedzieć gdzieś na wczasach "all-inclusive" i żreć popijając whisky, człowiek się wyluzował maksymalnie i trochę w końcu poruszał. W czasie naszego pobytu, a szczególnie przez pierwszy tydzień, w bazie było prawie pusto, więc nikt głowy nie zawracał i nie przerywał naszych medytacji podczas zachodu słońca.

Jeżeli chodzi o nurkowiska, to mogę polecić Barracuda Point, South Point, Turtle Patch i West Ridge. Generalnie, to Barracuda Point oferuje stok schodzący do ok. 120-150m, z licznymi wąwozami i pagórkami, gdzie, jeżeli trafi się na słaby prąd (najczęściej rano), można wyjść "w ocean" i gdzie łatwiej podejść ryby oceaniczne, takie jak rekiny młoty, szkoły barrakud i jackfish. Pozostałe wymienione miejscówki mają najbardziej strome lub pionowe ściany, co osobiście bardzo polubiłem.

Jeżeli komuś brakuje wrażeń, to jest jeszcze jedno fajne miejsce do eksploracji: jaskinia Turtle Tomb. Wejście do niej znajduje się w pobliżu DropOff na głębokości 18m. Za pierwszym razem trudniej je znaleźć, ponieważ z przodu jest przysłonięte mała górką. Przed jaskinią stoi kilka tabliczek z trupimi czaszkami i generalnie do jaskini nie wolno wpływać. Kilku mniej rozważnych kaskaderów skończyło w niej smutno i podjęto decyzję o zaprzestaniu jej odwiedzania. Na szczęście przekonywanie naszego Divemastra do tego nura trwało tylko jeden dzień. W prawdziwej jaskini jeszcze nie nurkowałem, więc dreszczyk emocji był całkiem spory, szczególnie, że składa się ona z dwóch komór połączonych dość wąskim przejściem (dla jednego płetwonurka)i ma długość ok. 70m. Świadomość że jest usłana szkieletami różnych morskich stworzeń (żółwi, delfina, marlina) nie dodawała animuszu. Przy zachowaniu dużej ostrożności w machaniu płetwami wpłynęliśmy do środka i obejrzeliśmy to małe cmentarzysko. Było warto. W drugiej komorze znajduje się mały "świetlik", co uwieczniłem na zdjęciu. Nurkowanie jaskiniowe nie wciągnęło mnie, jak na razie. Brak możliwości wypłynięcia na powierzchnie jest mało przyjemny, a we dwóch na jednym automacie byłoby baaardzo trudno. Trzeba mieć odpowiedni sprzęt i przeszkolenie. No ale z drugiej strony, to błękitu wody oglądanego z jaskini w momencie wypływania nie zapomina się do końca życia. Woda po prostu świeci na niebiesko.

Oprócz Sipadanu byliśmy także na wyspach Mabul i Kapalai. Bliżej Borneo. Woda w tych miejscach ma maks. 20m głębokości. Są to bazy dużo tańsze, ale też i nurkowania są już mniej spektakularne. Mniejsze ryby, rafa już trochę zdeptana. No, ale ciekawe ze względu na małe, ale bardzo rzadkie organizmy wodne, dla których zjeżdżają tu fotografowie z całego świata. Może zdecyduję się coś o nich napisać na kolejnej stronie.

Valid XHTML 1.0!

Copyright © 1999-2010 Adam Pawtel (abyss@pawtel.pl)

Poprawny CSS!

statystyka