strona główna
Księga gości
Odwiedziłeś moją stronę? Spodobała Ci się? A może masz jakieś krytyczne uwagi? Wpisz się do KSIĘGI GOŚCI.
Google


Szukaj w sieci
Szukaj w tej witrynie
Kliknij, aby zobaczyć prognozę dla Warszawy.
Strona główna > Nurkowanie > Kreta
Opis nurkowań na Krecie 09.2004.
(tekst powstał we wrześniu 04')

Absolutnie bez żadnego wcześniejszego planowania trafiłem idealnie: z hotelowego pokoju do bazy nurkowej Diving Kreta było nie więcej niż 30 metrów! Nana Beach spełniał najważniejsze wymagania mojej rodziny i dlatego udaliśmy się właśnie tam. Już po wykupieniu wczasów natknąłem się w internecie na informację, że w hotelu jest baza. To umożliwiło mi zrobienie 5 nurów bez większego uszczerbku w rodzinnej atmosferze. Było też pewnym ułatwieniem jeżeli chodzi o "załapanie się" na wyjazd w takie, a nie inne miejsce: mogłem pół godziny wcześniej zajrzeć do bazy i zapytać dokąd płynie kolejna grupa.

Na początku zrobiłem małe rozpoznanie w ABC. Ech, fajnie jest popływać w wodzie, w której nie marźnie się bez pianki. Słona woda umożliwia leżenie na powierzchni nawet bez ruchu i spokojne obserwowanie podwodnego świata. Przy samej plaży, chronionej od morza małym cyplem, widoczność nie byłą najlepsza ze względu na mieszanie się wody słonej ze słodką. Na dnie było sporo źródeł. Ale wystarczyło wypłynąć na otwarte wody, aby rozkoszować się kilkunastometrową przejrzystością. Na zmianę to pływałem po powierzchni, to nurowałem po założeniu pasa z 3 kg ołowiu, aby się nie męczyć ze schodzeniem. Kilka razy porobiłem zdjęcia, aby się przyzwyczaić do pożyczonego Sony DSC-P5 z podwodną obudową. Na prawo od Nana Beach jest skaliste wybrzeże z szybko opadającym dnem. Ale najfajniej jest po lewej stronie plaży. Niestety odkryłem to dopiero pod koniec pobytu. Trzeba było popłynąć kawałek w morze, gdzie było coś w rodzaju rafy. Woda miała 2-5 m głębokości, a dno było pokryte dosyć bogatą roślinnością, która dawała schronienie liczniejszym niż w innych miejscach, rybom.

Po paru dniach zjawiłem się w bazie i zadeklarowałem chęć nurkowania. Po wypełnieniu formularza PADI i sprawdzeniu licencji nurkowej umówiłem się na południową turę. To co wcześniej oglądałem w internetowych cennikach niestety było prawdą. Płytkie nurkowanie 37 EUR, głębokie 45 EUR... Niezależnie czy sprzęt się ma, czy wypożycza. Nie ma to jak monopol. Ze względu na ochronę podwodnych zabytków można nurkować WYŁĄCZNIE z ludźmi z bazy i tylko w dozwolonych rejonach Grecji. Pakiet 6 nurkowań dawał już zniżkę: cena 200 EUR. Trochę udało mi się wynegocjować i za 5 nurów zapłaciłem 147 EUR, po odliczeniu ekstra rabatu za własny sprzęt (wypożyczałem tylko kamizelkę, pas i butle). Nieźle koszą, szczególnie, że większość miejsc nurkowych leży kilka, najwyżej kilkanaście minut RIB-em od bazy. Tylko na wyspę DIA było daleko, ok 45 minut.

Na pierwszy ogień poszło miejsce leżące naprzeciw hotelu. Trochę się martwiłem, czy będzie tam w ogóle coś ciekawego, ale miło się rozczarowałem. Po krótkiej odprawie zeszliśmy na 20-25 m. Dno było w tym miejscu pofałdowane, z licznymi pęknięciami w skałach i małymi jamami. George, właściciel bazy, który był tym razem naszym przewodnikiem, nie mylił się: miałem okazję obejrzeć coś około 10 sztuk większych graników, co jak na Morze Śródziemne nie jest złym wynikiem. Było dosyć ciekawie. Krajobraz był urozmaicony: łany zielonej roślinności przedzielały obszary żwiru i piachu, a co chwilę można było pomyszkować w zagłębieniach skalnych i poszukać czegoś żywego. Ryby, wieloszczety, ślimaki (ha, nawet jeden nagoskrzelny), oraz bezkręgowce przypominające ukwiały stanowiły przyjemne urozmaicenie. Trochę fotografowałem, trochę oglądałem, ciesząc się z tego ze nie zużywam powietrza więcej niż inni, mimo nie najlepszej kondycji. Przydało się "opływanie" z Sipadanu. Jak se człowiek raz wyrobi technikę, to już idzie z górki.

Drugie nurkowanie odbyło się na wysokości hotelu Golden Beach. Było dosyć płytkie, bo 20-tki nie przekroczyliśmy. Oprócz mnie była jedna, czy dwie osoby z zewnątrza, oraz kilku młodych divemaster'ów z bazy. Nie było szefa, więc był totalny luz i zabawa. Np. z ośmiornicą, którą wydłubaliśmy z nory. Płynęliśmy czymś w rodzaju podwodnego wału ze stromymi ścianami, który schodził coraz głębiej i się rozszerzał, aż zupełnie rozmył się w piaszczystej pustynii. W kilku miejscach trafiliśmy na niezłe ryby, ale hitem nurkowania były tuńczyki, które obserwowaliśmy z dala wracając w kierunku łodzi.

Trochę się opływałem, więc bardzo się ucieszyłem, że następnego dnia rano mamy nura w pobliżu mniejszej wyspy Dia. Prawie godzinne skakanie na falach trochę nas wymęczyło, ale na miejscu bardzo szybko przekonałem się, że było warto. Niebieski kolor wody dawał sygnał, ze widoczność, mimo falowania, będzie super. Staliśmy od zawietrznej w pobliżu krańca wysepki, który przechodził na nawietrzną i dlatego tuż obok nas woda się kotłowała niemiłosiernie. Tak naprawdę to wyglądała jak spieniony szampan. Zgodnie z wytycznymi Gorga mieliśmy w ten odmęt skoczyć i powiosłować szybko w dół. Tak też zrobiliśmy. Okazało się że po kilkunastu metrach dopływa się do fantastycznego uskoku, a właściwie ściany, która stanowiąc podstawę wyspy, schodzi na jakieś 60m. Złapałem się za skałę i tak sobie wiszę w nurcie patrząc w dół. A tam błękit nieprawdopodobny. Na końcu ściany, a właściwie na samym dole jest płaskie piaszczyste, równiutkie jak stół, dno. Chwila medytacji i zachwytu. No to ruszam. Nie pompując jacketu spadam głową w dół z rozpostartymi ramionami. Jak ja lubię tak sobie pofruwać! Na ok. 30m zaczynam hamować, zwalniając dobijam prawie do 40-stki, a tu mój buddy z bazy macha dłonią i pokazuje mi na zegar. Szkoda, a miało być tak fajnie. Trochę młodemu brakuje luzu, pewnie dlatego że pływamy znowu z szefem. Fajnie by było tak podpłynąć bliżej dna i spojrzeć do góry. Nic to. I tak jest super. Na tej głębokości daje się zauważyć przyjemny, metaliczny dźwięk wydychanego powietrza. Idziemy głęboko, powoli, szanując gaz. Co jakiś czas przyglądając się podwodnym atrakcjom. Jestem pod wrażeniem tego miejsca, a przede wszystkim niesamowitej widoczności. Teraz już wiem, ze nie było to ostatnie słowo Wielkiego Błękitu.

Kilka dni później poranny nur również był na Dia. Tym razem przy zerowym falowaniu. Od sztormu, który przywitał nas na początku urlopu, minęło już z 10 dni i morze zupełnie się uspokoiło. Mknęliśmy do wyspy po całkowitej tafli. Brak wiatru umożliwił nam wybór innego miejsca. Od razu zobaczyłem , że woda jest krystalicznie czysta. Siedzę tak sobie pod powierzchnią czekając na kolejne osoby i patrzę na kotwicę leżącą na skałach. Jak tu głęboko? Pytam jednego z divemastrów. Będzie ze 3 dychy. Chyba 13, sugeruję. Nie, nie, ok. 30-tu. Kiwam głową że niby rozumiem, ale coś mi tu nie pasuje: jakie 3 dychy, jak kotwice widac jak na dłoni. Na odprawie dowiaduję się że prawdopodobnie wpadniemy w deco, bo mamy iść głęboko i długo. Z grupy wykrusza się dziewczyna z OWD i małym doświadczeniem. I dobrze, po co mamy się męczyć i narażać, niech sobie popływa z grupą robiącą zdjęcia na płytkim. Wszyscy OK? No to na dół. Schodzimy grubo poniżej 30 i powoli płyniemy. Ściana jest pokryta kolorowymi glonami, w jamach fajne, kolorowe rybki. Powoli dopływamy do kotwicy jakiegoś statku z czasów bizantyjskich. Fajne. Szkoda tylko, że aparat mi zaparował i w ogóle nie mogę robić zdjęć. Tak to już jest. Zawsze się coś schrzani w najmniej oczekiwanym momencie. Teraz już wiem, że popełniłem straszny błąd, płucząc obudowę po wczorajszym nurkowaniu. Mimo tego, że schła całą noc, zostało w niej trochę wody. Zupełnie jej nie widziałem, bo została w tulei tak gdzie wysuwa się obiektyw. Można to wysuszyć tylko po odkręceniu i wyjęciu całego plastikowego modułu. Szkoda, że dowiedziałem się o tym dopiero teraz. Nadgorliwość nie popłaca... No nic, zdjęć tym razem nie robię, więc atrakcje pojawiają się jedna za drugą. Od kotwicy płyniemy do amfor. Z amfor do bomby. Tak, do bomby. Z II wojny, takiej o długości ponad metr. Z bomby na dół, do potężnego bloku skalnego, a potem do rybek i zajebistych ślimaków nagoskrzelnych. Takich sporych to jeszcze nie widziałem. Podpływamy bliżej pontonu. Staję przy kotwicy. Deco 3 minuty i CNS się włączył na komputerze. Nieźle. Cholera, facet prawie miał rację: kotwica jest na 27m. Takiej widoczności to nie spotkałem. Na pewno ponad 40m. Jak szliśmy na 30m to widziałem każdą falkę na górze, a na dole rozciagał się piaseczek. Od 60 m w dół. Naprawdę fantastyczny widok. Może to nie rafa, ale jaka przestrzeń!

Zadowoleni wracamy do bazy, a tu okazuje się, że po południu jest wypad na Me-109. No, tego to nie odpuszczę. Woda nie jest prawie pofalowana, ale musimy schodzić po kotwicy, bo nurt jest spory. Wrak leży do góry nogami, na głębokości 21-24m. Lekko znoszeni przez prąd oglądamy go sobie z każdej możliwiej strony, starając się nie wznieść mułu. Szkoda, że aparat ciągle zaparowany. Mimo tego robię kilka zdjęć. W galerii prezentują się, jak pamiątka z Bałtyku, ale zawsze coś. Najlepiej wychodzi to ze śmigłem wbitym pinowo w piach. Wrak jest fajny, ale po chwili trochę nudzi. Graniki się pochowały w kadłubie. Nie ma to jak Dia...

Grecka przygoda była bardzo fajna. Codziennie w bazie pojawiali się nowi klienci, więc chyba jest to miejsce dosyć znane. Przyznam, że przed wyjazdem nie doszukałem się sensownych opisów z tego rejonu. Ani na grupie dyskusyjnej (tylko zaproszenie od Diver's Club), ani na innych nurkowych stronach. Osobiście mogę polecić Kretę, jako miejsce na fajnego nura. Oczywiście jeżeli zakceptuje się kosmiczne ceny.

Valid XHTML 1.0!

Copyright © 1999-2010 Adam Pawtel (abyss@pawtel.pl)

Poprawny CSS!

statystyka