Opis spływu pontonowego Łupawą 09.2003.
(tekst powstał we wrześniu 03')
Zacznę od razu od końcowej oceny: to był najlepszy spływ, jaki
zrobiliśmy do tej pory i prawdopodobnie jeden z najfajniejszych wyjazdów. Oprócz ograniczonego składu
(brak Sławka ;-((((((((( ), wszystko udało się na piątkę. Już sam moment poszukiwania opisów rzek
był szczęśliwy. Udało mi się nabyć najnowszą serię Pascala. Faktycznie, przewodniki są wystarczająco
dokładne i bardzo trwałe. Papier jest wodoodporny a plastikowa okładka skutecznie chroni książeczki przed
zniszczeniem. Na początku szukałem trasy na Gwdzie, bo tam mam idealne miejsce na biwak poniżej
ujścia Płytnicy, ale po dokładniejszej analizie wspomaganej wszystkimi rocznikami Johny Walker'a
wybraliśmy z Maćkiem Łupawę. Trunki dodały odwagi, więc postanowiliśmy uderzyć od razu na najtrudniejszy
odcinek.
Pierwszy zwiad zaczęliśmy od Kozina. Połaziliśmy trochę przy wysadzonym w czasie wojny
wiadukcie kolejowym, rzuciliśmy okiem na rzekę. No trochę za mała. Trzeba jechać w dół. Rozglądając się za ew. miejscem na biwak
dojechalismy do Podkomorzyc. Ech, stare pegeerowskie stawy pstrągowe w porównaniu ze stawami Dombka
to smutny widok. No ale woda zupełnie inna. Rzeka jest tu już naprawdę spora i widać że nieźle spada w dół.
Gdzie by tu rozbić namioty? Jedziemy dalej w dół, w stronę Łupawy. Niestety droga idzie za daleko od rzeki
aby wytropić jakąś polanę. Nie widać też sensownego wjazdu do lasu. Na jednej z przecinek sprawdzamy wodę: fantastyczna!
Rynny, nurt, zwalone drzewa. Ale tu kiedyś musiało być pstrągów i lipieni. Fajnie jest, szukamy dalej.
Mapa pokazywała leśną drogę z Łupawy do Podkomorzyc, więc w Łupawie przejechaliśmy na drugą stronę i
mijając fajnie urządzone pole namiotowe (dla nas za blisko ludzi) podążyliśmy z powrotem w górę Łupawy.
W czasie kolejnych zwiadowczych przystanków okazało się, że właśnie jest potężny wysyp prawdziwków
i koźlarków. Nie było sensu ich zbierać, ale zdjęć to sobie nie mogłem odmówić.
Na rozwidleniu dróg skręciliśmy w tę, która szła bliżej rzeki i po ok. 100m trafiliśmy
na małą polanę z której ścieżka szła do rzeki, na całkiem solidny, drewiany mostek. No, lepszego miejsca to chyba nie znajdziemy!
Zostajemy! Wybór miejscówki był świetny. Nikt z nadleśnictwa się nie kręcił. Czasem przemknęli miejscowi grzybiarze
i jeden wędkarz. Przy namiotach i ognisku posiedzieliśmy z wielką radością, bo pogoda była po prostu fenomenalna. Zero
wiatru, słońce, ciepło. Prawdziwa polska złota jesień. A mostek? Zrobił niesamowitą furorę. Szum wody wszystkich
wprawiał w świetny humor. Posiedzieliśmy sobie na nim popijając "Górski Kryształ", poopowiadaliśmy o trudach spływu,
pograliśmy na gitarze. Czego trzeba więcej do szczęścia?
Oczywiście samego spływania! Po rozbiciu namiotów wybraliśmy dwie ekipy:
1. Tajfun 4, a w nim Maciek i Michał
2. Sevylor Fishunter 280 ze mną i młodym Maćkiem.
Pojechaliśmy do Podkomorzyc, nadmuchaliśmy sprzęt, na Sevylora założyłem powłokę z Cordury i po zrobieniu
pamiątkowego zdjęcia na wodę. Zaczęliśmy poniżej wypustu ze stawów. Maciek nie odmówił sobie zacytowania
opisu tego co nas czeka, czym podniósł dwóm braciom adrenalinę jeszcze wyżej. Po kilku instrukcjach zaczęliśmy spływ.
Pierwsze emocje za nami. Rzeka od razu wzięła nas w obroty. Takiego spadku na Pomorzu to faktycznie nie widziałem.
Rzeka po prostu miejscami robiła bałwany na zwężeniach. Sunęliśmy z impetem przez głazowiska, aby za chwilę wpaść
na totalną zwałkę z drzew. Wody w tym roku było mało i trochę trzeba było kombinować z wybieraniem właściwego nurtu.
I tak raz za razem. Na okrągło. Przelew, nurt, drzewa. Po paru akcjach zacumowaliśmy i łyknęliśmy
"dżejmsonika" dla uczczenia chwili. Kilka fotek i dalej w dół. Spływanie trwało ok. 4 godzin. Faktycznie, na jednym z drzew
leży połamany kajak. Siła nurtu i liczba przenosek jest tutaj dla kajakarzy zabójcza, jak sądzę. Pontony spisywały się
lepiej, bo przy obsadzie po dwie osoby raczej nie ma ryzyka nabrania wody przy oparciu o zwalone w poprzek nurtu drzewo.
Po kamieniach też się ślizgaliśmy bez ryzyka skruszenia obudowy. Oczywiście numerem jeden była dla nas walka
o zachowanie gumowych, pontonowych powłok w całości. Udało się. Po pierwszym dniu uwierzyłem, że ponton z PVC w cordurze
wytrzyma na rzece każdą zawadę. Tajfun też był cool. W pobliżu Łupawy woda zaczęła wyraźnie zwalniać: to cofka elektrowni.
Za chwilę byliśmy na mostku, na którym czekał Czarek i pogrywał sobie na bongosach. Udało się!
Drugiego dnia zmiana ekipy: zamiast Maćka płynie Czarek. Też musi zobaczyć to cudo i
doświadczyć walki z żywiołem. Wprawieni ponownie rozstawiliśmy w Podkomorzycach sprzęt i znowu luuuuuuu, na wodę.
Tym razem podchwyciliśmy pomysł młodego Maćka i zaczęliśmy powyżej mostu, aby pokonać szalony wypływ wody ze stawów.
Niestety plan zweryfikował nasze poglądy co do wytrzymałości sprzętu i cały plan dnia. Tajfun pokonał kipiel gładko,
ale niestety ja z młodym nie mieliśmy na pierwszych metrach dobrej koordynacji i trafiliśmy prosto na zaostrzony siekierą,
wbity w dno na sztorc, kołek. Pierwszy napór wytrzymaliśmy, ale woda zaczęła nas coraz mocniej dociskać. Nawet codrura tego
nie wytrzymała: buch! I po sprzęcie.... Dopłynęliśmy do brzegu wołając ekipę Tajfuna. Po chwili konsternacji i ocenie
szans na naprawę, z dziurawego pontonu zrezygnowaliśmy. Młody pojechał z nim do obozu, a my postanowiliśmy
kontynuować podróż we trzech. To dopiero było wyzwanie! Nie obawiałem się właściwie o kąpiele, czy inne ew. atrakcje,
ale byłem prawie pewien, że ponton się po prostu rozleci w drobny mak. Myliłem się. Tak samo jak mylił się Maciek, który
witał nas "kryształem" na mostku. Tajfun przetrwał wszystko. Szorowanie po kamieniach, konarach, przenoski, topienie. Nawet
jeden potworny najazd na złamane gałęzie w fantastycznym wlewie. Czarek i Michał wpadli do wody kilka razy, ale
mieliśmy trochę ubrań w wodoszczelnym worku i jakoś sobie radę daliśmy do samego końca. Po spływie rzeką,
pospływaliśmy trochę w pontonie na mostku. Jest co wspominać.
Skoro już jestem przy wspomnieniach, to w poniedziałek rano wybrałem się na dalsze zwiedzanie
Łupawy. Rzuciłem okiem na elektrownię w Poganicach i dojechałem aż do Łebienia. Przy okazji rozglądając się
za miejscem gdzie 20 lat temu byłem z Jegerami i Heńkiem na wędkarskim biwaku. Kompletnie nie pamiętałem
gdzie to było, ale jakoś się udało. Szukając skrótu do Poganic zasięgnąłem języka u miejscowej. Panie, przejazd jest,
ale tylko dla ciagników. Taki bród i mały mostek dla pieszych. Ale fart, tego właśnie szukam! Zjechałem na dół
i od razu poznałem. Gigantyczne drzewo na skraju polany z boiskiem i Łupawa. Tu byłem. Kilka zdjęć na pamiątkę, wodery na nogi
i do dzieła. Przecież nie samym spływaniem człowiek żyje. Trzeba połowić lipionki. Woda powyżej Łebienia jest
wspaniała. Żwir, kamienie, przykosy. Niestety rybą pachnie tak samo jak wszędzie: kilka niewymiarków i nic więcej.
Ale i tak warto było skonfrontować wspomienia o rzece z czasów gdy byłem spinningistą z moimi aktualnymi, muchowymi
wrażeniami. Szkoda że nie umiałem się posługiwać muchówką w tamtych latach. Jak dzisiaj pamiętam, że
potokowce żarły wieczorem jętkę, a my katowaliśmy małymi Meppsami i nic. A wystarczył jeden dobry rzut odpowiednią
przynętą. Nie mówiąc o lipieniach, które zanim weszła dolna nimfa, to i na mokrą by połowił. To se nevrati...
|