|
Bobięcińskie Wielkie. (mapa 1,4MB)
Jezioro to posiada bardzo
urozmaiconą linię brzegową i 6 wysp, z których
największa ma powierzchnię blisko 15ha. Na wyspach
tych znajduje się, nie oznakowane niestety,
cmentarzysko kurhanowe oraz wczesnośredniowieczne
grodzisko. Szczególnie interesujące są pozostałości
grodziska, składajacego się z osady otwartej,
właściwego grodu oraz drewnianego pomostu łączącego
wyspę z lądem (pozostałości pod wodą). Gródek
zajmował północną część wyspy. Całość otoczona jest
stromym wałem, którego wysokość miejscami dochodzi do
17m nad poziom lustra wody. Uroku Jezioru
Bobięcińskiemu dodają wysokie, porośnięte lasem
brzegi. Dla plażowiczów i amatorów kąpieli
najdogodniejszy jest południowo-wschodni kraniec
jeziora. Przy północnym brzegu leży nieduża
letniskowa wieś-Bobięcino-dawna posiadłość ziemska.
Warto obejrzeć tutejszy, znajdujący się niestety w
złym stanie, szachulcowy dwór z XVIII-tego wieku i
otaczajacy go park. We wsi funkcjonuje spore pole
namiotowe oraz niewielki ośrodek żeglarski.
O jez. Bobięcińskim pierwszy raz słyszałem chyba w
roku 93, jeszcze mieszkając w Olsztynie. Rozmawiałem
z którymś z kolegów o łowieniu dużych okoni zimą, a
właściwie o tym, że chyba już nie ma miejsc, gdzie
wędkarze podlodowi nie wyłowili wszystkich garbusów.
No i usłyszałem, że owszem jest jakieś Eldorado o
nazwie Bobięcińskie, dokąd jeździ grupa zapaleńców z
Warszawy i gdzie można fantastycznie połowić. O
zapaleńcach z Warszawy nie miałem dobrego mniemania,
więc sprawa przeszła niezauważona. No ale nie na
długo. Otóż Dombek, a jakże, z okolic Warszawy,
wyprowadził się do Sporysza, gdzie wybudował stawy
pstrągowe. No a Sporysz leży niedaleko od Bobolic,
gdzie znajduje się jeziorko będące tematem mojego
wypracowania. Ponieważ Dombka wtedy regularnie
odwiedzałem, wkrótce trafiłem nad Bobięcińskie. Raz
chyba wiosną (spacer z ogniskiem przy Cybulinie), a
następnie zimą (po Nowym Roku) z wędką. Też w
okolicach Cybulina.
Pierwsze wrażenia miałem mieszane, szczególnie te ze
spaceru. Woda sprawiała wrażenie ciemnej i mało
przejrzystej. Głównie za sprawą liści i konarów drzew
zatopionych na dnie. Na zarzuconą wędkę spławikową
nic nie chciało wziąć. Ogólnie pusto i ponuro. Brzegi
miejscami kamieniste, raczej strome. No, ale w
międzyczasie słyszeliśmy o łowionych potwornie dużych
okoniach, więc na lód pognaliśmy z ochotą. Mieliśmy
echosondę, więc byliśmy przekonani, że wielkość
zbiornika nie będzie przeszkodą. Mimo mrozu gnaliśmy
przez różne miejsca i wierciliśmy. Zaczęliśmy jak
zwykle od Cybulina, bo tam znaliśmy dojazd. No i
zaczęły się problemy. Okazało się, że dno jeziora
jest niesamowicie pofałdowane i różnorożne. Zaraz od
brzegu 12m, dalej wypłycenie na 5, 2, jakieś małe
wysepki. Aż tu nagle z 5m spad, a właściwie prawie
pionowe urwisko na 28m. I tak na okrągło. Ciężko było
wyczuć, gdzie te okonie stoją. Szukaliśmy wszędzie,
co było bardzo pożyteczne w sensie poznawczym, ale
ryb prawie nie dało. Ostatecznie osiedliśmy niedaleko
brzegu, na ok. 10m, gdzie na dnie było coś w rodzaju
dużych głazów. Tam brały dłoniaki. Tak sobie łowimy i
zabawa trwa, a jakieś sto metrów od nas miejscowy
stoi na środku i lata między dziurami i rowerem. Jak
odjechał zobaczyliśmy nasz błąd w naszej ocenie
miejsca gdzie łowił. Tam nie było głęboko, tylko była
górka. Jedną widzieliśmy z daleka, na końcu jeziora,
gdzie siedziało stado wędkarzy. Ale było za daleko na
piechotę. A tu okazało się, ze pod bokiem też coś
jest. Górka była bardzo sprytna, tzn. z 12 wchodziła
na 9. Pierwsze zarzucenie i lekkie branie u Dombka.
Zacina, a tu kołowrotek gwiżdże. Krzyczę POPUSĆ! Ale
Dombek ciągnie na siłę i BRZDĘK! Po żyłce. Był
niezły. Trochę połowiliśmy, ale dzień się kończył i
trzeba było wracać. Obiecaliśmy sobie, ze już nigdy
nie będziemy łazić i szukać, tylko trzeba iść do
ludzi, nawet jeżeli nie lubimy towarzystwa. Ciekawe
ile miejscowy wyciągnął tego dnia...
To był ostatni i jedyny raz jak tam łowiłem zimą.
Niestety wszystkie dni poprzedzające ten spędziliśmy
z Dombkiem na jez. Szczytno. Dużo bardziej znanym z
zimowych okazów. Nie wiem, czy Szczytno jest OK.
Łowiliśmy przy mrozie w dzień 15-18 st. C i nic
oprócz małych okonków nie złowiliśmy. A tu jeden raz
na Bobięcińskim i od razu przygody.
Oczywiście będąc tego samego roku z kolejną wizytą u
Dombka w leśniczówce, znowu wybrałem się nad to
jezioro. Był początek maja, a więc na szczupaki, na
spinning.Raz łowiliśmy od Cybulina zachodnim brzegiem
w kierunku północnym. Okazało się, ze jezioro jest
lobeliowe, czego nie widzieliśmy wcześniej. Brodząc
po pas w wodzie inaczej się wszystko ocenia. Dużo
lepiej. Woda kryształ, dno raczej kamieniste, czasami
jak na Hańczy, często żwirowo-piaszczyste.
Woda z góry ciemna, ale pod
liściami twardo. Do spiningowania ekstra, bo albo
głęboko przy brzegu, albo można iść wodą w spodniach.
Przy Cybulinie nic nie złowiliśmy, więc pojechaliśmy
na drugi, północny koniec. Trochę się dziwiliśmy
łowiąc tam, że blacha nie opada na dno, ale się nie
przejmowaliśmy. Teraz wiem, że łowiliśmy w miejscu,
gdzie dno opada raptownie na 40m (widać na planie
batymetrycznym) i na rybę chyba na początku wiosny
nie mieliśmy szans. Tak więc kolejna porażka i
żadnych super okazów. Ale jezioro zaczynało coraz
mocniej fascynować swoją dzikością. Praktycznie
ŻADNYCH wsi nad wodą, zaledwie kilka upadających
gospodarstw. Brak dróg wokół jeziora. Czysta i
niezbadana woda.
Minęło trochę czasu. Siedzę sobie z Maćkiem w zimowy
wieczór i tak gadamy, ze fajnie by było gdzieś się
wybrać na jakiś "survival" i wyciągnąć Sławka,
Czarka, Gmerka i innych chętnych i pokazać chłopakom
fajny kawał wody i lasu. Jak za dawnych, dobrych
czasów. Namioty i kilka dni odludzia. Co
postanowiliśmy, to zrobiliśmy. W maju 1997 roku
pognaliśmy samochodami nad Bobięcińskie. Pogodę
trafiliśmy kiepską. Plus kilka stopni i deszcz.
Okazało się, że wschodni brzeg od Cybulina jest
nieprzejezdny, a właściwie da się dojechać do
domostwa jakiegoś szaleńca, który jak nas zobaczył,
to omało się na nas nie rzucił. Jak śmiemy tu
jeˇdzić, tu jest rezerwat (postawił tabliczkę rez.
"Dolina rz. Słupi", hę?), itd. Jak się okazało
kolejny z tych co po znajomości kupili domek do
remontu od koszalińskiej AWRSP. Jakiś lekarz. Daliśmy
sobie i jemu spokój i zawróciliśmy. Sam nie wiem komu
należy się bardziej dziwić: nam, którzy jako grupa
mocarzy powinna mu spuścić manto, czy lekarzowi,
który sam w lesie drze ryja na grupę obcych facetów w
wojskowych ciuchach i z nożami. Trzeba było
przejechać przez Cybulin, czego staraliśmy się
wcześniej uniknąć. No ale mimo pewnego
zainteresowania przemknęliśmy kawalkadą i wjechaliśmy
w las zachodnim brzegiem. No i zaczęło się piekło z
pokonywaniem drogi, generalnie w wielu miejscach
tylko dla ciągników, a my osobowymi z maksymalnym
obciążeniem. Praktycznie podjęliśmy decyzję, że
jedziemy, aż staniemy, bo zawrócić to już by się nie
dało. Po walce dotarliśmy do niezłej polanki z
ruinami Niemieckiego, jak sądzę, gospodarstwa. Z
drogą w dół do jeziora i z polaną na namioty.
Idealnie. Tam spędziliśmy nasz pierwszy wyjazd.
Najfajniejsze było to, że jeszcze nikt nie wiedział,
jak "rozplanować" te kilka dni wyraju. A więc
poszliśmy na żywioł. Zapasy "paliwa" zamiast na 4,
starczyły tylko na dwa dni i trzeba było robić
zakupy. Pierwszy dzień zakończył się pieczeniem
kamieni, które Czarek uporczywie mylił z ziemniakami.
No i Czarka ślizgami po błocie, jak na
Woodstock.Klawo.
Ognisko,
kiełbaski, pstrągi od Dombka, penetracja okopów z II
wojny (linia Wału Pomorskiego) i wędkowanie
wypełniały czas. Niestety, zimna pogoda nie dała
szans Sławkowi na złowienie na spławik czegoś
sensownego. Same małe płotki. Ale chyba i to
sprawiało mu frajdę (często drzemał z głową wtuloną w
ramiona, co z tyłu wyglądało, jak wędkarz bez głowy ,
a to był Głowacz.;-)). Ja, jak w końcu zebrałem siły,
wskoczyłem w GoreTex i poszedłem połowić na blachę.
Trochę w prawo od obozu. Przeczesałem zatokę z
efektem paru dłoniaków, a na cyplu dopadłem
szczupaczka trochę ponad 40 cm. Fajnie. Zawróciłem do
obozu, aby się wzmocnić i pochwalić połowem, a
następnie poszedłem na lewo od obozowiska. Dotarłem
do trzcin, w które uderzały fale rozpędzone na
plosie. Tu nic nie zdziałam, pomyślałem, i poszedłem
brzegiem szukać cichej wody. Starodrzew zrobił na
mnie wrażenie, tak jak i okopy, oraz pamiątka wyryta
w korze, po turystach z 1969 r. Jak tu trafili? Jezu,
przecież w tych czasach było w Cybulinie miejsce
zssyłki Ukraińców i brak było środków transportu w
promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Nie mówiąc o
sklepie. Ale musieli mieć zabawę na takim odludziu. W
końcy dotarłem na cypel. Stanąłem od zawietrznej i
rzuciłem. Ściągając wydawało mi się, że coś skubnęło.
Następny rzut: to samo. Myślę, pewnie zaczep, których
tu bez liku. Za trzecim rzutem blacha staje, zacinam,
SIEDZI. Tym razem przyzwoity. Z dal widzę jak kołuje
na trzymetrowej wodzie. Ale fantastyczna przygoda. Za
plecami jesiennie ubarwiony starodrzew, cisza, a tu w
krystalicznie czystej wodzie ciągnę zębatego. Parę
razy lekko odjechał i go wyciągnąłem. Pięknie.
Tomek, przy okazji robienia zakupów, ściągnął do
obozu znajomego, który miał ze sobą wiatrówkę. Ale
mieliśmy zabawę.
Na
następne wyjazdy też staramy się zabierać coś do
strzelania.
Bobięcińskie nawiedziłem z wędką jeszcze dwa razy. W
2000 roku. Też w maju. Pojechałem jak zwykle z
Dombkiem. Tym razem staraliśmy się dojechać na
zachodni brzeg od Bobięcina, ale okazało się to
niemożliwe. Droga jest, i owszem, ale ma koleiny po
ciągnikach zwożacych drzewa z lasu. Z koleinami
głębokości 1 m.
Trochę
taką drogą ujechałem, ale perspektywa wpadnięcia w
taki rów i bieganie kilkanaście kilometrów po jakiś
dźwig mnie osłabiła. Zatrzymaliśmy się i poszliśmy na
piechotę. Po długim wędkowaniu doszliśmy do miejsca,
gdzie w 97' był nasz biwak. I tu właśnie Dombek miał
branie na twistera. Coś mu mocno wygięło kija i
puściło. Ale pech. Następnego dnia podjechalismy od
Cybulina i podeszliśmy pieszo do miejsca, gdzie
wczoraj było branie, czyli do polany ze zniszczonym
gospodarstwem. Założyłem Droppena 8g w kolorze
miedzi, który dobrze mi służył na przejrzystej,
pstrągowej wodzie. Nie minęło 5 min. i poczułem
uderzenie. To chyba był ten sam co wczoraj kąsał
Dombkowi. Zaciąłem i spokojnie holuję. Ale komfort.
Jak nigdy: wolfram 50 cm, plecionka, kołowrotek
Shimano 3000GT i agrafka gięta z drutu. Tyle, że
wędka sandaczowa Shimano 3m. Nieźle się gięła. Jak
zobaczyłem, ze szczupak łyknął blachę do żołądka, to
byłem spokojny. Po niezłej walce z odjazdami i
skokami wyciągnąłem aligatora ręką. Jest na zdjęciu.
Osiemdziesiątak. Dombek miał nietęgą minę. Wybieramy
się tam w maju 2002, głównie na nurkowanie. Ciekawe,
co tam siedzi pod wodą. Może namierzymy podwodny
most? Ciekawe jak jest na wschodnim brzegu i czy da
się dojechać? Wg. mapy jest kilka dróg...
|