strona główna
Księga gości
Odwiedziłeś moją stronę? Spodobała Ci się? A może masz jakieś krytyczne uwagi? Wpisz się do KSIĘGI GOŚCI.
Google


Szukaj w sieci
Szukaj w tej witrynie
Kliknij, aby zobaczyć prognozę dla Warszawy.
Strona główna > Spływy i biwaki > Jez. Bobięcino 97' i 02'

Bobięcińskie Wielkie. (mapa 1,4MB)

Jezioro to posiada bardzo urozmaiconą linię brzegową i 6 wysp, z których największa ma powierzchnię blisko 15ha. Na wyspach tych znajduje się, nie oznakowane niestety, cmentarzysko kurhanowe oraz wczesnośredniowieczne grodzisko. Szczególnie interesujące są pozostałości grodziska, składajacego się z osady otwartej, właściwego grodu oraz drewnianego pomostu łączącego wyspę z lądem (pozostałości pod wodą). Gródek zajmował północną część wyspy. Całość otoczona jest stromym wałem, którego wysokość miejscami dochodzi do 17m nad poziom lustra wody. Uroku Jezioru Bobięcińskiemu dodają wysokie, porośnięte lasem brzegi. Dla plażowiczów i amatorów kąpieli najdogodniejszy jest południowo-wschodni kraniec jeziora. Przy północnym brzegu leży nieduża letniskowa wieś-Bobięcino-dawna posiadłość ziemska. Warto obejrzeć tutejszy, znajdujący się niestety w złym stanie, szachulcowy dwór z XVIII-tego wieku i otaczajacy go park. We wsi funkcjonuje spore pole namiotowe oraz niewielki ośrodek żeglarski.

O jez. Bobięcińskim pierwszy raz słyszałem chyba w roku 93, jeszcze mieszkając w Olsztynie. Rozmawiałem z którymś z kolegów o łowieniu dużych okoni zimą, a właściwie o tym, że chyba już nie ma miejsc, gdzie wędkarze podlodowi nie wyłowili wszystkich garbusów. No i usłyszałem, że owszem jest jakieś Eldorado o nazwie Bobięcińskie, dokąd jeździ grupa zapaleńców z Warszawy i gdzie można fantastycznie połowić. O zapaleńcach z Warszawy nie miałem dobrego mniemania, więc sprawa przeszła niezauważona. No ale nie na długo. Otóż Dombek, a jakże, z okolic Warszawy, wyprowadził się do Sporysza, gdzie wybudował stawy pstrągowe. No a Sporysz leży niedaleko od Bobolic, gdzie znajduje się jeziorko będące tematem mojego wypracowania. Ponieważ Dombka wtedy regularnie odwiedzałem, wkrótce trafiłem nad Bobięcińskie. Raz chyba wiosną (spacer z ogniskiem przy Cybulinie), a następnie zimą (po Nowym Roku) z wędką. Też w okolicach Cybulina.

Pierwsze wrażenia miałem mieszane, szczególnie te ze spaceru. Woda sprawiała wrażenie ciemnej i mało przejrzystej. Głównie za sprawą liści i konarów drzew zatopionych na dnie. Na zarzuconą wędkę spławikową nic nie chciało wziąć. Ogólnie pusto i ponuro. Brzegi miejscami kamieniste, raczej strome. No, ale w międzyczasie słyszeliśmy o łowionych potwornie dużych okoniach, więc na lód pognaliśmy z ochotą. Mieliśmy echosondę, więc byliśmy przekonani, że wielkość zbiornika nie będzie przeszkodą. Mimo mrozu gnaliśmy przez różne miejsca i wierciliśmy. Zaczęliśmy jak zwykle od Cybulina, bo tam znaliśmy dojazd. No i zaczęły się problemy. Okazało się, że dno jeziora jest niesamowicie pofałdowane i różnorożne. Zaraz od brzegu 12m, dalej wypłycenie na 5, 2, jakieś małe wysepki. Aż tu nagle z 5m spad, a właściwie prawie pionowe urwisko na 28m. I tak na okrągło. Ciężko było wyczuć, gdzie te okonie stoją. Szukaliśmy wszędzie, co było bardzo pożyteczne w sensie poznawczym, ale ryb prawie nie dało. Ostatecznie osiedliśmy niedaleko brzegu, na ok. 10m, gdzie na dnie było coś w rodzaju dużych głazów. Tam brały dłoniaki. Tak sobie łowimy i zabawa trwa, a jakieś sto metrów od nas miejscowy stoi na środku i lata między dziurami i rowerem. Jak odjechał zobaczyliśmy nasz błąd w naszej ocenie miejsca gdzie łowił. Tam nie było głęboko, tylko była górka. Jedną widzieliśmy z daleka, na końcu jeziora, gdzie siedziało stado wędkarzy. Ale było za daleko na piechotę. A tu okazało się, ze pod bokiem też coś jest. Górka była bardzo sprytna, tzn. z 12 wchodziła na 9. Pierwsze zarzucenie i lekkie branie u Dombka. Zacina, a tu kołowrotek gwiżdże. Krzyczę POPUSĆ! Ale Dombek ciągnie na siłę i BRZDĘK! Po żyłce. Był niezły. Trochę połowiliśmy, ale dzień się kończył i trzeba było wracać. Obiecaliśmy sobie, ze już nigdy nie będziemy łazić i szukać, tylko trzeba iść do ludzi, nawet jeżeli nie lubimy towarzystwa. Ciekawe ile miejscowy wyciągnął tego dnia...

To był ostatni i jedyny raz jak tam łowiłem zimą. Niestety wszystkie dni poprzedzające ten spędziliśmy z Dombkiem na jez. Szczytno. Dużo bardziej znanym z zimowych okazów. Nie wiem, czy Szczytno jest OK. Łowiliśmy przy mrozie w dzień 15-18 st. C i nic oprócz małych okonków nie złowiliśmy. A tu jeden raz na Bobięcińskim i od razu przygody.

Oczywiście będąc tego samego roku z kolejną wizytą u Dombka w leśniczówce, znowu wybrałem się nad to jezioro. Był początek maja, a więc na szczupaki, na spinning.Raz łowiliśmy od Cybulina zachodnim brzegiem w kierunku północnym. Okazało się, ze jezioro jest lobeliowe, czego nie widzieliśmy wcześniej. Brodząc po pas w wodzie inaczej się wszystko ocenia. Dużo lepiej. Woda kryształ, dno raczej kamieniste, czasami jak na Hańczy, często żwirowo-piaszczyste. Woda z góry ciemna, ale pod liściami twardo. Do spiningowania ekstra, bo albo głęboko przy brzegu, albo można iść wodą w spodniach. Przy Cybulinie nic nie złowiliśmy, więc pojechaliśmy na drugi, północny koniec. Trochę się dziwiliśmy łowiąc tam, że blacha nie opada na dno, ale się nie przejmowaliśmy. Teraz wiem, że łowiliśmy w miejscu, gdzie dno opada raptownie na 40m (widać na planie batymetrycznym) i na rybę chyba na początku wiosny nie mieliśmy szans. Tak więc kolejna porażka i żadnych super okazów. Ale jezioro zaczynało coraz mocniej fascynować swoją dzikością. Praktycznie ŻADNYCH wsi nad wodą, zaledwie kilka upadających gospodarstw. Brak dróg wokół jeziora. Czysta i niezbadana woda.

Minęło trochę czasu. Siedzę sobie z Maćkiem w zimowy wieczór i tak gadamy, ze fajnie by było gdzieś się wybrać na jakiś "survival" i wyciągnąć Sławka, Czarka, Gmerka i innych chętnych i pokazać chłopakom fajny kawał wody i lasu. Jak za dawnych, dobrych czasów. Namioty i kilka dni odludzia. Co postanowiliśmy, to zrobiliśmy. W maju 1997 roku pognaliśmy samochodami nad Bobięcińskie. Pogodę trafiliśmy kiepską. Plus kilka stopni i deszcz. Okazało się, że wschodni brzeg od Cybulina jest nieprzejezdny, a właściwie da się dojechać do domostwa jakiegoś szaleńca, który jak nas zobaczył, to omało się na nas nie rzucił. Jak śmiemy tu jeˇdzić, tu jest rezerwat (postawił tabliczkę rez. "Dolina rz. Słupi", hę?), itd. Jak się okazało kolejny z tych co po znajomości kupili domek do remontu od koszalińskiej AWRSP. Jakiś lekarz. Daliśmy sobie i jemu spokój i zawróciliśmy. Sam nie wiem komu należy się bardziej dziwić: nam, którzy jako grupa mocarzy powinna mu spuścić manto, czy lekarzowi, który sam w lesie drze ryja na grupę obcych facetów w wojskowych ciuchach i z nożami. Trzeba było przejechać przez Cybulin, czego staraliśmy się wcześniej uniknąć. No ale mimo pewnego zainteresowania przemknęliśmy kawalkadą i wjechaliśmy w las zachodnim brzegiem. No i zaczęło się piekło z pokonywaniem drogi, generalnie w wielu miejscach tylko dla ciągników, a my osobowymi z maksymalnym obciążeniem. Praktycznie podjęliśmy decyzję, że jedziemy, aż staniemy, bo zawrócić to już by się nie dało. Po walce dotarliśmy do niezłej polanki z ruinami Niemieckiego, jak sądzę, gospodarstwa. Z drogą w dół do jeziora i z polaną na namioty. Idealnie. Tam spędziliśmy nasz pierwszy wyjazd. Najfajniejsze było to, że jeszcze nikt nie wiedział, jak "rozplanować" te kilka dni wyraju. A więc poszliśmy na żywioł. Zapasy "paliwa" zamiast na 4, starczyły tylko na dwa dni i trzeba było robić zakupy. Pierwszy dzień zakończył się pieczeniem kamieni, które Czarek uporczywie mylił z ziemniakami. No i Czarka ślizgami po błocie, jak na Woodstock.Klawo. Ognisko, kiełbaski, pstrągi od Dombka, penetracja okopów z II wojny (linia Wału Pomorskiego) i wędkowanie wypełniały czas. Niestety, zimna pogoda nie dała szans Sławkowi na złowienie na spławik czegoś sensownego. Same małe płotki. Ale chyba i to sprawiało mu frajdę (często drzemał z głową wtuloną w ramiona, co z tyłu wyglądało, jak wędkarz bez głowy , a to był Głowacz.;-)). Ja, jak w końcu zebrałem siły, wskoczyłem w GoreTex i poszedłem połowić na blachę. Trochę w prawo od obozu. Przeczesałem zatokę z efektem paru dłoniaków, a na cyplu dopadłem szczupaczka trochę ponad 40 cm. Fajnie. Zawróciłem do obozu, aby się wzmocnić i pochwalić połowem, a następnie poszedłem na lewo od obozowiska. Dotarłem do trzcin, w które uderzały fale rozpędzone na plosie. Tu nic nie zdziałam, pomyślałem, i poszedłem brzegiem szukać cichej wody. Starodrzew zrobił na mnie wrażenie, tak jak i okopy, oraz pamiątka wyryta w korze, po turystach z 1969 r. Jak tu trafili? Jezu, przecież w tych czasach było w Cybulinie miejsce zssyłki Ukraińców i brak było środków transportu w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Nie mówiąc o sklepie. Ale musieli mieć zabawę na takim odludziu. W końcy dotarłem na cypel. Stanąłem od zawietrznej i rzuciłem. Ściągając wydawało mi się, że coś skubnęło. Następny rzut: to samo. Myślę, pewnie zaczep, których tu bez liku. Za trzecim rzutem blacha staje, zacinam, SIEDZI. Tym razem przyzwoity. Z dal widzę jak kołuje na trzymetrowej wodzie. Ale fantastyczna przygoda. Za plecami jesiennie ubarwiony starodrzew, cisza, a tu w krystalicznie czystej wodzie ciągnę zębatego. Parę razy lekko odjechał i go wyciągnąłem. Pięknie.

Tomek, przy okazji robienia zakupów, ściągnął do obozu znajomego, który miał ze sobą wiatrówkę. Ale mieliśmy zabawę. Na następne wyjazdy też staramy się zabierać coś do strzelania.

Bobięcińskie nawiedziłem z wędką jeszcze dwa razy. W 2000 roku. Też w maju. Pojechałem jak zwykle z Dombkiem. Tym razem staraliśmy się dojechać na zachodni brzeg od Bobięcina, ale okazało się to niemożliwe. Droga jest, i owszem, ale ma koleiny po ciągnikach zwożacych drzewa z lasu. Z koleinami głębokości 1 m. Trochę taką drogą ujechałem, ale perspektywa wpadnięcia w taki rów i bieganie kilkanaście kilometrów po jakiś dźwig mnie osłabiła. Zatrzymaliśmy się i poszliśmy na piechotę. Po długim wędkowaniu doszliśmy do miejsca, gdzie w 97' był nasz biwak. I tu właśnie Dombek miał branie na twistera. Coś mu mocno wygięło kija i puściło. Ale pech. Następnego dnia podjechalismy od Cybulina i podeszliśmy pieszo do miejsca, gdzie wczoraj było branie, czyli do polany ze zniszczonym gospodarstwem. Założyłem Droppena 8g w kolorze miedzi, który dobrze mi służył na przejrzystej, pstrągowej wodzie. Nie minęło 5 min. i poczułem uderzenie. To chyba był ten sam co wczoraj kąsał Dombkowi. Zaciąłem i spokojnie holuję. Ale komfort. Jak nigdy: wolfram 50 cm, plecionka, kołowrotek Shimano 3000GT i agrafka gięta z drutu. Tyle, że wędka sandaczowa Shimano 3m. Nieźle się gięła. Jak zobaczyłem, ze szczupak łyknął blachę do żołądka, to byłem spokojny. Po niezłej walce z odjazdami i skokami wyciągnąłem aligatora ręką. Jest na zdjęciu. Osiemdziesiątak. Dombek miał nietęgą minę. Wybieramy się tam w maju 2002, głównie na nurkowanie. Ciekawe, co tam siedzi pod wodą. Może namierzymy podwodny most? Ciekawe jak jest na wschodnim brzegu i czy da się dojechać? Wg. mapy jest kilka dróg...

Valid XHTML 1.0!

Copyright © 1999-2010 Adam Pawtel (abyss@pawtel.pl)

Poprawny CSS!

statystyka