|
Opis wyprawy do Mongolii 09.2002.
(tekst powstał w styczniu 03')
"Cześć Adam. Mam fajny pomysł. Jedziemy na ryby do
Mongolii". Tak telefonicznie przywitał mnie Piotrek Piskorski pewnego marcowego
dnia. Najwyższa pora zrealizować studenckie marzenia i wybrać się na połowy
tajmienia. Nad rzekami robi się tłok, więc nie ma co czekać. Wyruszamy we
wrześniu. Przez głowę mignęły mi rodzinne rozmowy na temat kolejnego urlopu,
który chcę spędzać sam, no i kompletny brak sprzętu wędkarskiego na ryby
takiego kalibru. Na szczęście domowe rozmowy odnośnie wyjazdu zakończyły się pozytywnie:
JADĘ!!!
Decyzja jest, ale jak ten zrobiony zaledwie w
zarysie projekt zrealizować? Szlak częściowo był już przetarty w postaci kilku
wypraw w ten rejon. Generalnie zasadniczym kłopotem był mój krótki, jak na taki
wyjazd, urlop (2 i 1/2 tygodnia). To determinowało wiele decyzji. Od razu
wiedzieliśmy, że nie mamy czasu na takie bajery jak kolej transsyberyjska,
poszukiwanie samochodów i ew. błądzenie w poszukiwaniu łowisk. Całe szczęście,
że finansowo uczestnicy wykazywali elastyczność. Na pierwszy ogień poszły
oferty internetowe. Tu górną poprzeczkę ustalali Amerykanie: 5000USD i latanie
od rzeki do rzeki śmigłowcem. Po kilku dniach sprawdzania ofert mailowych na
celowniku mieliśmy propozycję Czechów, znajomych Piotra. Zakwaterowanie w bazie
turystycznej na Szyszchidem, gdzie dolatywało się z UB śmigłowcem. Krótko i
konkretnie, za kasę do zaakceptowania. Niestety baza oznaczała, ze będziemy
łowić tam gdzie masa innych grup przed nami. Ponieważ "przy sobie" mieliśmy
Bolka Uryna, więc po pomoc uderzyliśmy do niego. Okazało się, że może nas
skontaktować z innym stałym bywalcem mongolskich stepów, Jurkiem Romańczukiem,
na stałę osiedlonym w Niemczech. Czechom podziękowaliśmy i zaaranżowaliśmy
spotkanie z "Jerrym". Na spotkaniu ustaliliśmy czego potrzebujemy, ramy czasowe
i ogólną listę tego, co należy we wrześniu w Mongolii mieć ze sobą, aby spać na
stepie i łowić ryby (lista tego co zabrałem ze sobą).
Po podjęciu decyzji kiedy, z kim i jak, przyszedł
czas na gromadzenie ekwipunku. Sprawa z pozoru trywialna, zajęła jednak sporo
czasu. Wyjazd jednak BYŁ surwiwalowy. Owszem, gdyby wszystko szło bez
niespodzianek, to można by było pojechać jak na majówkę, ale należało brać pod
uwagę takie czynniki, jak brak możliwości kupienia dowolnej rzeczy w momencie
jej uszkodzenia/zniszczenia (np. buty). Albo trzeba mieć wszystko ważniejsze
zdublowane, albo idealnie dobrane i bardzo dobrej jakości. To pierwsze nie
wchodzi w rachubę z powodu ograniczeń w bagażu lotniczym. No i ten klimat: w
dzień do +25, a w nocy do -20 (wrzesień; jak wyjeżdżaliśmy, to padał śnieg).
Niestety, ale musiałem kupić śpiwór do -20 (mimo różnych teorii polecam
puchowy: sprawdziłem; Jurek też ma takie zdanie) i porządną dmuchaną karimatę.
Oprócz upału i zimna może się przytrafić silny wiatr (więc trzeba mieć mocny
namiot). Tam gdzie rozbijaliśmy obozy było prawie 2000 m n.p.m., a więc pogoda
była bardzo zmienna. Osobny rozdział to zabezpieczenie całego ekwipunku od
pyłu. W czasie jazdy samochody wzbijają takie tumany, że wszystko co nie jest
hermetycznie zamknięte będzie w piasku.
Wyjazd na tak krótki czas wymaga sporej sprawności
fizycznej i niezłego zdrowia. Przed wyjazdem polecam, oprócz szczepień na
żółtaczkę i tężec, sprawdzić stan ogólny swojego organizmu. Na wyprawie
bezwzględnie należy posiadać zestaw leków takich jak antybiotyki, bandaże,
plastry, coś na gorączkę, ból i zatrucia. Mnie osobiście mocno brakowało kremu
do rąk z witaminami. Po kilku dniach na wietrze i wodzie, z licznymi
skaleczeniami od zębów i kotwic, dłonie zaczynają pękać do krwi i puchną. W
czasie naszego wyjazdu przez parę dni atakowały meszki, więc repelenty są jak
najbardziej wskazane i coś na ukąszenia. Swoją drogą na TE meszki to mało co
działa, oprócz moskitiery (POLECAM!) i rękawiczek (ja miałem cienkie neoprenowe).
Jako atrakcję turystyczną możemy spotkać, wyjeżdżając z Ułan Bator w step,
przymusowe szczepienie przeciwko dżumie (radzę wziąć swoje igły i strzykawki).
Ubrania i wyposażenie dopasowałem idealnie patrząc
na wyjazd z perspektywy czasu, ale ze sprzętem wędkarskim było mi znacznie
trudniej. Tajmienie dużo wygodniej i efektywniej łowi się na spinning (tak jak
głowacice), a w tej metodzie nie byłem "na czasie". Na szczęście ekipę
stanowiło kilku fachowców, więc skorzystałem z pomocy. Kilka rzeczy wybrałem
sam, z kilkoma pomógł mi Piotrek Piskorski.
Mój
zestaw ostatecznie stanowiły dwa mocne kije:
Dragon "Głowatka" HM62 2,98m, 40-80g i Dragon Pilk Boat Ti-Graphite IM6
2,5m, 50-120g. Na wszelki wypadek zabrałem też pstrągowy Dragon "Trout" 2,3m,
5-20g. Blach trochę miałem w pudełkach, ale dokupiłem karlinek i kilka fajnych
łososiowych. W woblery zaopatrzyła wszystkich uczestników wyprawy firma Salmo
(jeszcze raz dziękuję). Wędki wyposażyłem w kołowrotki Tica: Taurusa, Sporterę
i Librę 3000. Do połowu używałem plecionek Berkeley FireLine 0,25mm, 17,5kg i
Sufixa. Do łowienia na muchę zabrałem Loomisa IMX 8-9 o długości 10 stóp i dwa
kołowrotki (Leeda Magnum 140D i ABU Diplomata 7-8). Niestety tylko ten jeden
kijek, ale bagaż ograniczał możliwości.
Do wyjazdu pozostało parę dni.
To co było do zabrania popakowałem w plastikowe torebki, a całość w zamykany
hermetycznie worek Ortlieba X-Treamer 130 l. Najcenniejsze rzeczy (kołowrotki,
przynęty, aparat cyfrowy i leki) zapakowałem w podręczny plecak. Zawsze tak robię,
bo nie ufam liniom lotniczym. Zgubienie bagażu, lub opóźnienie odbioru, bo
paczki poleciały na drugi koniec świata, to norma. Lepiej sobie tego
oszczędzić. Wędki trafiły do aluminiowej tuby.
W końcu nadszedł dzień wyjazdu.
Z Warszawy pociągiem do Berlina. Tam dołącza do nas Jurek. Musimy nocować, więc
jest okazja do bliższego zapoznania się. Rano lecimy do Moskwy. Trochę baliśmy
się odprawy i nadbagażu, mimo limitu 30kg, ale poszło gładko (nawet odprawa
broni Jurka). W Moskwie, po kilku godzinach, przesiadka. Dołączają do nas Bolek
i Tadek (mieli lot prosto z Polski), i lecimy do Ułan Bator. Po wylądowaniu z
niepokojem czekamy na bagaż: może go ukradli w Moskwie? Czy doleciały wędki?
Hurrraaa, worki są! Wędki też. Niestety największa tuba Piotra została rozerwana
na pół. Złodziej zajrzał do środka i niczego nie zabrał, tyle że niekompletna
tuba już nie spełniała swojej roli i dwa kije pękły w transporcie. Trochę
zmęczeni jedziemy do hotelu WhiteHouse. Zajmujemy podobno jedne z bardziej luksusowych pokoi w mieście. Trudno
zmieścić je w jakiejkolwiek z europejskich klas, ale na nasze potrzeby były OK.
Trochę marudzimy, że w step wyjeżdżamy dopiero jutro, ale faktycznie z marszu
trudno to zrobić. Wolny czas wykorzystujemy na zakupy, a część z nas na poznawanie
uroków nocnego życia w stolicy. Zaliczamy fajną kolację w restauracji
chińskiej, poznajemy Suche, naszego przewodnika, no i mamy okazję zobaczyć na
własne oczy, jakich zniszczeń w kulturze Mongołów dokonał socjalizm. Ułan Bator
wygląda jak jeden wielki slums. Nieliczne skupienia w miarę sensownych budynków
otaczają blokowiska, a te z kolei przeplatają się z polami na których w
maksymalnym zagęszczeniu stoją jurty. Naprawdę nie ma nic do zwiedzania, a
poruszanie się po zatłoczonych i pogrążonych w smogu ulicach jest małą
przyjemnością. Drogi w większości są w remoncie, bez oznakowania. Kierowcy
jeżdżą jak popadnie, za nic mają pieszego. Wystarczyło godzinę pochodzić po
centrum, aby być świadkiem wojny na pięści między pasażerami dwóch pojazdów,
które zajechały sobie drogę. Folklor. Sklepy w części zaopatrzone po
europejsku, ale ceny astronomiczne (prawie jak u nas). Transport stanowią
taksówki (nie potrzeba licencji, więc często trzeba samemu tłumaczyć kierowcy
gdzie ma jechać, bo nic nie znają), albo małe busy. Kontakt ze światem
zapewniają liczne kawiarnie internetowe.
W dzień wyjazdu kupujemy na
rynku ziemniaki, chleb, makaron i tuszonkę, i ruszamy w drogę. Zabudowania
powoli rzedną, mijamy posterunek policji, na którym czasami szczepią na dżumę
(obowiązkowo!) i jesteśmy wolni. Dookoła nic tylko kosmiczny, wypalony słońcem
step. Droga jest co prawda asfaltowa, ale bardzo często odcinkami przechodzi w
szutrową. Poza tym często droga jest na jakimś odcinku zamykana z powodu robót
drogowych i idzie równolegle polem. W czasie wyjazdu zrobiliśmy w 10 dni
1500km, a więc w samochodach nasiedzieliśmy się "do oporu". Chyba wszyscy są
tego zdania co ja: UAZ to niesamowity samochód. Pierwszy etap zakończyliśmy
późnym wieczorem nad jez. Ogiy Nuur. Nie byłem specjalnie napalony na jeziorowe
połowy, ale Piotr nie mógł przepuścić okazji łowienia w jeziorze gdzie podobno
pływają szczupaki o długości dochodzącej do 1,5m. Nie mogłem na początku oswoić
się ze sprinterskim podejściem kolegów do wędkowania i po wyjściu z samochodów
raczej byłem skłonny rozpocząć rozstawianie namiotów i szykowanie noclegu, niż
gnać na ryby. Ale widząć amok pozostałych szybko rozłożyłem spinning,
wciągnąłem neopreny i polazłem w kierunku wody. Moje wyobrażenie o mrocznych
głębinach i błękitnej wodzie w której pływają ryby-olbrzymy, zostało szybko
zweryfikowane. Przede mną był płaski, mulisty brzeg z żółtozieloną
wodą. Przedarłem się przez muł i zacząłem rzucać. Jezu, ale tu płytko! Kupa
zielska i na razie nic nie bierze! Biczowaliśmy dobrych kilkadziesiąt minut i
szczęście się do mnie uśmiechnęło. Po fajnym holu z odjazdami wyjąłem szczupaka
80cm, 4kg, który był naszą pierwszą mongolską zdobyczą. W obozie zrobiłem parę
zdjęć i natrudziłem się z patroszeniem, bo brzeg to był jeden wielki pokład
mułu. Rano przenieśliśmy namioty w ciekawsze miejsce, na skalistą skarpę, z
brzegiem pokrytym kamieniami. Okazało się, że w pobliżu jest baza turystyczna
mongolskiego generała i można tam wypożyczyć dwie desantowe łódki. To znacznie
poprawiło nasze szanse w poszukiwaniu większych ryb. Jezioro w części, w której
łowiliśmy, było płytkie, o dnie mało urozmaiconym. Czasami trafiały się tereny
pokryte kamieniami. Piotr, Artur i Tadek zaczęli łowić od razu przy bazie
Mongoła, a ja i Mariusz powiosłowaliśmy na lewo, w kierunku namiotów. Po jakimś
czasie zaczęły się brania szczupaków. Przez dobra godzinę "dorożki" wyginały
się niemal co chwila. Mój najdłuższy zębaty miał 90cm. W tym czasie Tadek
złowił 108cm, a załoga jego łódki nałowiła okoni. Wszystkie powyżej 40cm. Na
uganianiu się za szczupakami minął nam cały dzień. Nawet przyjemnie.
Następnego dnia rano, po dość
wietrznej pogodzie, trochę się uspokoiło. Mętną wodę wiatr przegnał w inną
część jeziora. Dało się jakoś płynąć radziecką desantówką. Stanęliśmy z
Mariuszem na wysokości skalistej części brzegu, dość daleko od namiotów. No i
zaczęło się eldorado. Zaliczyliśmy po kilka ładnych szczupaków i okoni.
Niestety łódź co chwila trafiała na brzeg: nie mieliśmy kotwicy, a wiatr się
wzmagał. Plecionką i sznurkiem omotaliśmy spory kamień i znowu na wodę.
Prowizoryczna kotwica jakoś działała. Po kolejnym rzucie blachą poczułem
branie. Solidne przycięcie Pilk Boate'em i mam go. Hmmm..., właściwie nie wiem
co mam. Ryba po prostu sunie po dnie w kierunku jeziora wybierając plecionkę.
Kotłuje się i przesuwa. Ciągle głęboko. Jeden odjazd, drugi, trzeci. Minę mam
nietęgą: żaden szczupak swoją walką nawet nie dorównywał temu. Przez chwilę
przez myśl przechodzi sum. Ręce trochę się już męczą. W końcu ryba zaczyna się
poddawać. Podciągam ją do powierzchni. Znowu odjazd i znowu do góry. Powoli w
promieniach słońca wyłania się. W końcu widzimy go: szczupak. Spory. Ale co to?
Kurczę obok niego pływa drugi podobnej wielkości! O co chodzi? Szkoda, że nie
było kamery! Holowana ryba przyciągnęła za sobą innego "lorbasa". Ale
zdarzenie! Chyba już nigdy nie będę miał okazji, aby zobaczyć takie cudo. Po
chwili szczupak-wąchacz odpływa, a my wciągamy naszego do łódki. Uff! Niezły.
102cm i zdecydowanie cięższy od tych, które brały do tej pory: 7kg. Po chwili
wraca do wody. Chwila odpoczynku i biczujemy znowu. Przecież pływają tu
stadami! Niestety po chwili wiatr osiąga siłę huraganową. Ledwo wciągamy krypę
na skały, bo o pływaniu nie ma mowy. Resztę dnia spędzamy w obozie zasypani
piaskiem. Teraz wiem po co brałem dodatkowe opakowania na aparat i ubrania.
Piasek jest wszędzie: w jedzeniu, śpiworach, sprzęcie. Część grupy chce pakować
się i jechać. Ja namawiam na pozostanie i wyjazd rano. Ostatecznie wyjeżdżamy
następnego dnia.
Po drodze "zawijamy" do Tsetserleg i odwiedzamy małą osadę,
gdzie tankujemy paliwo prosto z beczki. Okropne są te pozostałości po
tutejszych kołchozach. Bieda i nędza z jednym sklepem po środku. Kilka
czerwonych twarzy i gromada dzieciaków, które Jurek częstuje cukierkami.
Jedziemy coraz wyżej przez zupełne pustkowie. Bez Mongołów nie ma szans, aby
trafić do celu. Drogi, a właściwie szlaki ledwo widoczne na piasku lub trawie,
co jakiś czas rozwidlają się i nigdy nie wiadomo który wybrać. Punktów
odniesienia praktycznie brak. Krajobraz stanowią wyżynne wzniesienia bardzo
mocno zerodowane. Niestety wszystkie są do siebie bardzo podobne i nie sposób
je spamiętać. Mongołowie potrafią odszukać punkty charakterystyczne, więc
czasami nawet robili tak, że jeden samochód wybierał skręt w lewo, a drugi w
prawo i jechaliśmy oddzielnie, by po jakimś czasie znowu się spotkać na jednej
drodze. Ułan Bator leży na wysokości 1300 m n.p.m., a my osiągnęliśmy
wjeżdżając na wysoką przełęcz ok. 2200 m,
tak więc cały dzień powoli wspinaliśmy się do góry. Zjazd z przełęczy drogą na
skróty chyba wszyscy zapamiętali. Potwornie stromo w dół po olbrzymich głazach.
UAZ jest niesamowity! Naszym oczom ukazał się kawałek tajgi w jesiennych
kolorach. Przepiękny. Niestety przed nami był jeszcze kawał drogi do
najlepszego wg. Suche miejsca na tajmienie. Dotarliśmy do niego w zupełnych
ciemnościach. Okazało się, że na rozbicie namiotów prawie nie ma miejsca, a do
rzeki jest tylko zejście korytem okresowego strumienia. Jurek się trochę
wkurzył na Suche, twierdząc, ze tu się nie da prowadzić obozowiska, ale nie
mieliśmy wyjścia. Namioty stanęły gdzie się dało i poszliśmy spać.
Po raz
pierwszy górski klimat dał znać o sobie: rano zamarzła herbata i na minusie
było do południa. Ale na to byliśmy przygotowani. Nie oglądając się na warunki
termiczne po tradycyjnym śniadaniu z tuszonką i cebulą popędziliśmy z wędkami
nad wodę. Chuluut okazał się fantastyczną rzeką, o typowym, górskim
charakterze. W miejscu w którym wykonałem pierwsze rzuty była niezła "bania".
Dno mocno kamieniste, a właściwie pokryte głazami. Po drugiej stronie był już
Mariusz, który przeszedł w dole na drugą stronę. Tegoroczne lato było bardzo
suche, więc stan wody był bardzo niski, a rzeka była wielkości Popradu.
Oczywiście jej charakter jest bardzo zmienny. Tu gdzie łowiliśmy koryto było
mocno zagłębione w wąwozie. Pierwszą przynętą jaką wypróbowałem była łososiowa
wahadłówka 18g w miedzianym kolorze. Okazała się idealna. Po paru rzutach
złowiliśmy z Mariuszem pierwsze lenoki. Co za frajda. W końcu jesteśmy nad
rzeką naszych marzeń i łowimy. Praktycznie nie biorą mniejsze niż 50 cm.
Wystarcza dalszy rzut w jakiś dół, lub przykosę i już lenoki gonią za przynętą.
Są podobne trochę do potokowców, ale ciemne miedziane plamy na boku
przypominają pas tęczaka. Dość waleczne. Co prawda rozprawiamy się z nimi
szybko, ale raczej wskutek łowienia na tajmieniowe pały niż brak ospałość
lenoków. Uff... Pierwsza euforia mija i zaczynamy działać trochę spokojniej. Z
trudem łazimy po głazowiskach w wodzie i na brzegu, pokonując kolejne odcinki.
Po odhaczeniu kilkunastu ryb, widząc "wąchacze" wyciągamy szybko przynęty z
wody, aby uniknąć kłopotliwego wypinania. Szkoda czasu. Słońce podnosi się
coraz wyżej i z mrozu robi się upał. W cieniu pewnie z +25 stopni. Pragnienie
gasimy wodą z rzeki. Tutaj nie ma szans na zanieczyszczenia, bo po prostu nie
ma tu ludzi. Wiele razy marzyłem o łowieniu w czasach, kiedy ryby nie znały
wędkarzy, a rzeki roiły się od okazów. W Mongolii to marzenie się spełniło.
Sami nad wodą, z dala od cywilizacji. Słońce wypędziło także Jurka na spacer.
Widzę go z daleka jak zmierza w naszym kierunku. Ha, jest szansa aby i fotograf
miał zdjęcie. Daję mu swoją Minoltę, a sam macham wędką i pozuję. Rzuć w dół,
namawia Jurek, tam tajmień stoi na 100%. OK., robi się. Kilka rzutów i nic. No
to teraz rzucam w górę, daleko w przelewy pomiędzy głazami. Po drugim rzucie
czuję lekkie trącenie, zacinam. No, tym razem to nie lenok. Mam pierwszego
tajmienia. Spokojnie go trzymam na kiju. Ryba wykonuje kilka odjazdów idealnie
prezentując się w słońcu. Ekstaza. Ja holuję, a Jurek robi zdjęcia. To chyba
sen. Zawsze miałem pecha z aparatami fotograficznymi, a tu proszę, wszystko jak
na sesji zdjęciowej. Niestety długie pozowanie pozwoliło rybie osłabić zaczep i
po paru fikołkach przed podbieraniem spięła się. Oceniam ją na ok. 90cm. Po
powrocie do obozu okazało się, że Tadek, który łowił w dole, holował potwora
grubo ponad metr, ale ten niestety też spiął się przy podbieraniu. Więcej
okazów nie mieliśmy, ale i tak było super.
Po południu spotkaliśmy się na
obiedzie nad rzeką, w miejscu gdzie Chulut tworzył równy, gruby uciąg. Jurek,
Bolek i Gienio przygotowali w kotle obiad. Siedzimy tak sobie, zajadamy,
posilamy się sushi z lenoków, popijamy "łychę", a pięćdziesiątaki i
sześćdziesiątaki ze stoickim spokojem żrą jętkę, która wyroiła się po 14-tej i
teraz zaczęła siadać. Żerowanie trwało aż do zmierzchu. To mnie zmotywowało do
wzięcia muchówki na następne wędkowanie. Po całym dniu katowania miałem dość i
poszedłem spać. Artur, Piotr i Tadek wykazali się dużo większym hartem ducha i
poszli na nocne polowanie w miejsce, gdzie Tadek urwał "kabana". Opłaciło się,
chociaż ja sam nie wiem jak to wytrzymali kondycyjnie i psychicznie. Nocne
łażenie po skałach w rwącej wodzie na końcu świata, to akcja dla prawdziwych
twardzieli. Nie wiem również jak Tadzio to wytrzymał, ale nie dość, ze wyjął
największego tajmienia wyprawy, to go jeszcze dotargał nocą do namiotów. Rano
budzimy się: no i jak było? Leży pod tropikiem, od niechcenia odpowiada Tadek.
Niedowierzamy, więc wyciąga rybę spod namiotu. O ku...wa! 127cm i 17kg!
Pogratulowaliśmy łowcy i w południe, jak ryba rozmarzła (po nocy była jak
skała), zrobiliśmy wspaniałą sesję zdjęciową. Tego dnia, jeszcze rano,
szczęście uśmiechnęło się i do mnie. Zgodnie ze swoim planem poszedłem nad wodę
z muchą. Zacząłem od bystrzyny, która przechodziła w potężny dół. Na pierwszy
ogień poszła nimfa. Byłem przekonany, że skoro ryb tu tyle, a nawet i lipienie,
które Artur z powodzeniem łowił na woblera, to będzie "rzeź niewiniątek". A tu
figa z makiem. Ciągam po prądzikach, w rynnach, na małe i duże nimfy, na
streamera i nic. O co tutaj chodzi? Okazało się, że lenoki nie są wcale
zainteresowane imitacjami larw. Mariusz co prawda złowił kilka, ale bez rewelacji.
Porobiliśmy trochę fotek i poszliśmy w górę, pod skałę stojącą w nurcie, przy
której tworzyła się konkretna jama. Mariusz, tym razem na spinning, złowił tu
już jednego tajmienia. Wlew obczesałem nimfą i też nic. Zaczynamy wracać, a tu
nagle na wypływie z dołu zrobiło się koło. Oho, żeruje coś większego. Szybko
zmieniam zestaw na streamera z tonącą linką. Rzucam imitacją głowacza z uwagą
wybierając linkę. Kilka razy i nic. Już stawiam nogę w kierunku brzegu z
zamiarem odwrotu i nagle czuję przytrzymanie. Zacinam i widzę w słońcu w
krystalicznie czystej wodzie, że mam tajmienia. Powoli krąży w dole wyginając
muchówkę w pałąk. Rety, ale ten kijek mizerny w porównaniu z tym cielskiem.
Ryba robi kilka odjazdów, ale powoli słabnie, więc ją podciągam do siebie i
spokojnie wyjmuję lewą ręką. Tajmień na muchę! No, tego się nie spodziewałem.
Nie jest duży jak na ten gatunek (ponad 80cm), ale i tak jestem zadowolony, bo
mucha jest dużo bliższa mojemu sercu niż inne metody wędkowania. Do opisu łowów
na tym odcinku mogę dorzucić jeszcze jedno wspomnienie. Otóż zdarzyło się nam
łowić wzdłuż pionowej skały, na której orły miały trzy gniazda. Nigdy nie
zapomnę tego wrażenia, jak w czasie wędkowania olbrzymie drapieżniki kołowały
zaledwie kilkanaście metrów ponad naszymi głowami.
Aktualne miejsce obozowania było
bardzo niewygodne (daleko do wody), więc przenieśliśmy się trochę w dół rzeki.
Tu podobało mi się najbardziej. Jak mawia jeden kolega: GABINET. Płaska łąka
ograniczona z jednej strony skałami, a z drugiej pasmem górskim. Rzeka w tym
miejscu tworzyła potężną płań z rynnami przechodzącą w zakręt z dołem, który z
kolei przechodził w równy, gruby uciąg. Prawie nie ruszając się z namiotu
łowiłem na suchą lipienie, a trochę niżej lenoki. To tutaj wszyscy przeżyliśmy ich
niezapomniane połowy na muchę. Na odcinku ok. 80m po prostu gotowało się od
oczkujących ryb. Wystarczyło w miarę poprawnie przepuścić jętkę, a już ryba
była na haku. Nie wiem czy można opisać holowanie jednego 50-taka za drugim. No
i ten widok: przed tobą tylko jeden wielki bulgot "prosiaków"! Trochę
korzystaliśmy z uroków obozowego życia, trochę łaziliśmy za poszukiwaniem
tajmieni, a nocą jeździliśmy w górę rzeki, w rejony w których "padł" duży.
Miejsce dało jeszcze Mariuszowi 101 cm i Piotrkowi 90cm. No i Artur miał łódź
podwodną, która rozgięła kółka łącznikowe uznawane za trudne do rozgięcia.
Wyprostowały się jakby były z miedzi, a nie ze stali. Nocne połowy były dużo
bardziej efektywne niż w dzień, ale też i dużo trudniejsze. Schodzenie nocą do
wody z półek skalnych o wysokości kilkudziesięciu metrów, łażenie po głazach,
które groziło złamaniem nogi, przechodzenie rzeką na drugą stronę w zupełnej
ciemności to nie lada atrakcje. Miałem spore obawy co by było, gdyby ktoś wpadł
w tarapaty. Przy szumie górskiej rzeki ludzkiego krzyku nie słychać już z
kilkudziesięciu metrów. A np. czekanie na pomoc do rana na mrozie byłoby
trudne. Zachowywałem dużą ostrożność i na szczęście nic się nie stało. Na pewno
warto nocą zakładać neopren, a dwie porządne latarki to minimum. Niedaleko od
obozu, w dole rzeki złowiłem drugiego tajmienia na muchę. Poszedłem na krótkie
wędkowanie z Bolkiem. Ten wziął spinning i obławiał koniec "szachownicy" z
dużych kamieni. Ja zdecydowałem się rozpocząć od wlotu. Wlazłem z muchówką do wody
i klasycznie, w poprzek rzeki, przepuszczałem streamera. Chyba za 3-cim lub
4-tym razem nastąpiło kłapnięcie. Tajmień wykonał szereg odjazdów, a ja
zadowolony, na oczach Bolka, spokojnie wyjąłem zdobycz. Parę zdjęć i do wody.
Tak
więc "miejscówka" była dobra nie tylko do biwakowania, ale i rybna. Niestety ja
swojej "łodzi podwodnej" też nie wyjąłem, ani nawet jej nie zobaczyłem. Późnym
wieczorem w górze rzeki (dobre 40 minut od obozu) obławiając grubą rynnę (ale
płaską, bez skał) miałem branie, po którym ryba wygięła PilkBoat'a w pałąk, a
z kołowrotka poszło kilkanaście metrów
plecionki. Niestety spryciarz szurnął paszczą po korzeniach i odczepił blachę.
Takie życie...
Do miejsca trzeciego obozu
dojechaliśmy pokonując samochodami rzekę. Trochę z tym było zabawy, ale
generalnie więcej strachu niż potrzeba. To tutaj spotkaliśmy autochtona o
fantastycznym wyglądzie, który zdobi kilka zdjęć. Niestety nowa placówka nie
była zupełnie odludna. W pobliżu była tzw. turbaza (turisticzieskaja baza). Na
szczęście bez turystów, ale z dwoma Mongołami-dozorcami. W sezonie turbaza
zapewnia w miarę wygodne spanie i ciepłą wodę. Takich przybytków jest coraz
więcej, więc wędkowanie w Mongolii za jakiś czas już nie będzie musiało być
surwiwalową wyprawą, ale zapewne i ryb ubędzie błyskawicznie i nie będzie po co
tam się pchać. Nowy obóz też "dał" kilka niezłych ryb i sporo wrażeń.
Szczególnie jedna z nocy, podczas której padło kilka tajmieni, a brań na myszy
lub płytko prowadzone woblery było co nie miara. Rzeka miała kilka po prostu
fantastycznych dołów. Trochę już zmęczeni wędkarskim maratonem jeden z
wieczorów spędziliśmy na pokrzepianiu się lokalnym produktem o nazwie "Charaa".
Suche dochodził po tym do siebie ze dwa dni, ale my bawiliśmy się świetnie.
Smak zajączka i kuropatw w sosie myśliwskim, którym się posilaliśmy, chyba
zapamiętam do końca życia. Wszystko dobre kończy się bardzo szybko i ani się
obejrzeliśmy, a już trzeba było pakować się i wracać. Zaczynał padać śnieg i
robiło się zimno nawet w dzień.
W powrotnej drodze
"zaliczyliśmy" jeszcze zwiedzanie Karakorum (Charchorin) i wędkowanie w rzece Tuul, która przepływa przez Ułan
Bator. Do stolicy był spory kawałek drogi, więc wieczorem zatrzymaliśmy się w
przypadkowo wybranym miejscu. Rzeka w pewnym sensie przypominała Pilicę.
Rybostan stanowiły małe sumy, karpie, szczupaki i jazie. Po górskich przygodach
łowienie w typowo nizinnej wodzie nie było zbyt interesujące, ale ostatnie
wieczorne ognisko w stepie dla mnie osobiście było dość przyjemne i
relaksujące.
Wyprawę mogę ocenić jako
wyczerpującą, ale fantastyczną, jeżeli chodzi o wędkarskie przeżycia. Nie
złowiliśmy co prawda żadnej rekordowej ryby, ale spotkanie z tajmieniami w ich
"rodzinnych" stronach, to coś czego z pewnością nie zapomnę do końca
życia.
|