strona główna
Księga gości
Odwiedziłeś moją stronę? Spodobała Ci się? A może masz jakieś krytyczne uwagi? Wpisz się do KSIĘGI GOŚCI.
Google


Szukaj w sieci
Szukaj w tej witrynie
Kliknij, aby zobaczyć prognozę dla Warszawy.
Strona główna > Ryby > Szwecja-Trosa

Opis wyprawy na szczupaki: Trosa 05.2004.

(tekst powstał w maju 04')

Kilka szczupaków w Szwecji złowiłem wcześniej, na początku lat 90-tych. Niestety fascynacja pstrągami był tak silna, że nie zainteresowałem się na poważniej możliwościami szkierów, mimo że na jednej z wysp byłem ponad 2 wiosenne miesiące. Kilka razy wypłynąłem łódką w celach konsumpcyjnych: 5 rzutów i 3 szczupaki. Ech, co za nuda... No i te okonie. Można było łowić na sieci, więc postawiliśmy wontony: w sieci znalazło się kilkadziesiąt sztuk od 40cm w górę! Jedzenia, a przede wszystkim skrobania ryb, miałem dosyć na jakiś czas. Pewne zainteresowanie wzbudził we mnie jedynie fakt złowienia troci (była wyśmienita, mniam) przez syna właścicieli wyspy, ale sam nie miałem takiej łódki, aby na trocie się wybrać.

To tyle tytułem historycznego wstępu. Od kilku lat zacząłem słyszeć coraz to nowsze opowieści, że na szkierach jest istny szczupakowy raj. Na dodatek potwierdzany kolejnymi relacjami ekipy Salmo. Po kilku latach na warszawskiej pustyni człowiek przestaje wybrzydzać: niech będą szczupaki. Połowię czy nie, ale fajnie jest wybrać się z kolegami na wędkowanie, szczególnie, że po Mongolii jakoś kontakty się odświeżyły, a żądza mocnych wrażeń wcale się nie nasyciła. Jeszcze w 2003 zgłosiłem Piotrkowi swój akces na najbliższy wyjazd, no i stało się. W składzie: Piotrek Piskorski, Radek Zaworski, Romek Durski, Mariusz Warda, Wojtek Górny, Artur Romanow i ja, pojechaliśmy w okolice Trosa (niedaleko Sodertelje). Radek i Artur zabrali ze sobą łódki, więc pod tym względem byliśmy samowystarczalni. Trzeba przyznać, ze sprzęt mają naprawdę ekstra: mocne silniki, sondy.

Przyjechaliśmy w piątek po południu. Dzień wykorzystaliśmy na przygotowanie sprzętu, zwodowanie łodzi i rozgoszczenie się na kwaterze. Domek był raczej mały, na 7 osób, ale mimo pewnego ścisku wszyscy żyli zgodnie i bezproblemowo. To na pewno jedna z najbardziej niesamowitych spraw, że przez prawie dwa tygodnie tyle indywidualności żyło w swego rodzaju symbiozie: liczyły się tylko wędkarskie wyniki.

Pierwsze wędkowanie nastąpiło w sobotę. Po długiej wieczornej nasiadówce nie wszyscy pognali nad wodę z samego rana, ale jak się okazało nie miało to przełożenia na późniejsze osiągnięcia. Pierwsze metrowce (115 i 110) złowił Romek, który długo walczył z "morską chorobą". Pierwsze miejscówki zwiedzaliśmy po omacku, korzystając z map wyszukanych przez Wojtka. Na czuja, ale dosyć szybko dotarliśmy do zatoki, która wg. szwedzkich przewodników była aktualnie najlepsza: Tullgarnsviken z wypłyceniem o nazwie Haggnasviken. Wody metr, momentami przezroczystej, a szczupaków na gęsto. Nawet jak nie brały, to widać było jak spylają przed dryfującą łodzią. Przy fantastycznie słonecznej i ciepłej pogodzie każdy połowił pierwsze ryby. Andrzej Grabarczyk (aktor m.in. z Klanu), którego na miejscu spotkaliśmy w czasie wędkowania, poczęstował nas flaszeczka i wszystkim udzieliła się fantastyczna atmosfera. Po południu dołączył do nas Tomek ze Sztokholmu (ech, druga flaszka "wyskacza") i zjechaliśmy do bazy. Przy grillu przygotowanym przez Zorana przesiedzieliśmy do późnych godzin nocnych. Ponieważ mieliśmy kłopoty z silnikiem Artura, następnego dnia skorzystaliśmy z łódki Tomka. To dopiero maszyna: 225KM! Miejsca było sporo. Pognaliśmy sprawdzić trocie, ale plażowa pogoda nie dawała nam szans. Więc z powrotem na szczupaki. W jednym z pierwszych rzutów na poczciwą Algę 3 złowiłem niezłego 90-taka. Mój brak wprawy w holu i odczepianiu trochę Tomka zirytował, ale jak można się dziwić, porównując umiejętności osób, które "przewaliły" setki ryb z osobą, która metrówkę wyjęła jedną w życiu? Całe szczęście z każdą kolejną ryba radziłem sobie coraz lepiej.

Powoli zacząłem dochodzić do wniosku, że tradycyjny, szczupakowy kij, blachy i "normalne" woblery nie mają szans przy wędkach i przynętach typu jerk. Po dwóch dniach i krótki przeszkoleniu Piotrka "przesiadłem się" na krótki kij z multiplikatorem, plecionką 0,23 (18kg) i woblerami slider 10cm. No, teraz to można walczyć! Mniejsze sztuki można podciągać z marszu, a i większe nareszcie walczą pod dyktando wędkarza. Trzeba przyznać że jerkowanie jest bardzo wciągające. Ataki zębatych na metrowej wodzie są bardzo widowskowe, a "onanizująca" praca wędką wcale nie jest nudna. Można wykazać się fantazją podciągnięć, skoków i zakosów woblera. Takie aktywne łowienie to jest właśnie to co lubię. Może nie jest to sucha mucha, ale rozmiar ryb wynagradza pewne braki związane z łowieniem w stojącej, jak by nie patrzeć, wodzie.

We wtorek, obudzony przez Wojtka o 8-mej rano, uzbrojony w jerkówkę i potężny syndrom dnia wczorajszego, ruszyłem z Robanem, naszym przewodnikiem, na poszukiwanie metrowców. Roban podjął wyzwanie i uderzyliśmy w nieznane nam dotąd rejony. To był strzał w dziesiątkę! Po krótkiej serii rzutów Artur wyjął swoją życiówkę: 117 cm i ponad 10 kg! Kilka zdjęć i szczupak wrócił do wody. Muszę przyznać, że nie wiem co bym zrobił, gdyby nie ten zastrzyk adrenaliny. Tego dnia katowaliśmy prawie bez przerwy 10 godzin. I wcale nie był to dzień aż tak bardzo wyjątkowy. Trudno było nadążyć za chłopakami i dorównać ich determinacji. Pracowali prawie jak roboty. Rzut, ściągnięcie, rzut. ściągnięcie, czasami hol i szybkie odczepienie bez wyjmowania ryby z wody. Strategia wypracowana dziesiątkami wyjazdów. Zatoka Robana była niesamowita. Oprócz 117-tki, po rozpoczęciu drugiej strony zatoki, miałem spotkania z co najmniej dwoma metrowcami. Niestety, zmieniłem wcześniej slider na whitefish 18 cm i dwa ataki na przynętę zakończyły się zejściem ryb po paru sekundach. To co po nich pozostało, to spore dziury w woblerze. Szczególnie po tej drugiej sztuce, którą Roban ze spokojem, ale bardzo poważnie, określił: THIS ONE WAS REALLY BIG! Nie ma lekko, na metrowca trzeba jednak zapracować.

Praca wcale nie była lekka. W środę, po informacjach od Piotra, Radka i Romka, że w bocznej odnodze Tullgarn czają się niezłe sztuki, czesaliśmy z Arturem wodę od samego rana. Zrobiliśmy trzciny raz (500m), drugi raz, a po przerwie nawet trzeci. Uff, opłaciło się. W połowie trzeciego "przejazdu" ok. 15-tej mojego slidera kłapnął "setak". Branie nastąpiło przy samych trzcinach na półmetrowej wodzie. Ha, mam coś większego! Węda się gnie, ryba muruje, odjeżdża. W końcu ją widzę: ciemnofioletowy ze stalowym grzbietem. Piękny! Podciągam go pod łódkę, ale to dopiero początek walki. Na szczęście mam założony dobry przypon, a woblera nie widać: raczej się nie wypnie. Zmieniam miejsce z dziobu na rufę, aby podbierać na niższej burcie. Pytam Artura o szczypce i Grip. Mam już pod ręką. Szczupal jest niedaleko, ale coś mi nie wygląda na wystarczająco zmęczonego. Nie myliłem się: robi salto na ogonie, a po chwili daje taki odjazd w trzciny, że mi mdleje ręką przy próbie zatrzymania. Artur się trochę niepokoi: wyciągaj go z zarośli, bo się urwie!. Ciągnę mocno, wyciągam na spokojne wody. Kilka odjazdów i po chwili chwytem za szczękę wciągam go do łodzi. Ale fajny. Trochę martwi mnie umiejscowienie woblera prawie w przełyku. Odcinam plecionkę i wyjmuję przynętę przez pokrywę skrzelową. Uff, jakoś się udało bez zbytniego marudzenia. Artur przykłada miarkę w czasie ważenia: kładź go bo jest chyba dłuższy od mojego 117. Kładziemy okaz na dnie łodzi. Kilka pomiarów i ustalamy: 114cm; 10,5kg. Wspaniała nagroda za kilka dni biczowanie wody.

Czwartek był moim pożegnalnym dniem w Trosa. Roban znowu nie zawiódł. Tym razem połowiliśmy na 2-3 metrowej wodzie, momentami krystalicznie czystej. Fajnie było popatrzeć jak ryba sunie z paru metrów do woblerka. Miejsca miejscami, ale my pływaliśmy i łowiliśmy w pięknych okolicznościach przyrody, a Mariusz w Tullgarn, 200 od "mojego" miejsca wyjął 115 cm. Też trochę ponad 10 kg. Fajnie popatrzeć, jak się ludziska cieszą z dużej zdobyczy.

W czasie 6 dni wędkowania (ja wyjechałem wcześniej niż pozostali) złowiliśmy około 500 szczupaków, w tym ponad metr 9 sztuk. Pogoda nie była za bardzo "rybna", ale i tak woblery Salmo zrobiły niesamowitą robotę!

Valid XHTML 1.0!

Copyright © 1999-2010 Adam Pawtel (abyss@pawtel.pl)

Poprawny CSS!

statystyka