Łupawa: Wiatrowo, Drzeżewo 09.2006
(tekst powstał w październiku 06')
Spływ od Podkomorzyc do Łupawy, oraz wędkowanie w okolicach Strzeszyna (poniżej Poganic),
już dawno dały mi możliwość przekonania się, że Łupawa to jedna z piękniejszych rzek
Pomorza. Planując kolejny wyjazd na ryby coraz mocniej nęciły mnie kolejne nieznane
mi odcinki tej rzeki. Na łowisku specjalnym na Sanie połowiłem sympatycznie, więc
trochę ufniej zacząłem podchodzic do informacji o odcinku no-kill Drzeżewo- Zgojewo.
Sęk w tym, ze tych informacji nie było zbyt wiele. Coś zasłyszane od przyjaciół i
znajomych, trochę informacji z netu, ale raczej tylko tyle, aby być zainteresowanym,
ale nie przekonanym, że warto tam zajrzeć. No i te rozgrywane na Łupawie akurat
w tym roku Muchowe Mistrzostwa Polski... Tego rodzaju impreza odciska spore piętno na
rybostanie. No może nie same zawody, ale treningi przed. A czasem i po. Pewnie ludzi będzie
co niemiara...
Żeby być trochę na uboczu od Drzeżewa, wybieramy na bazę wypadową polanę w okolicach
Wiatrowa.
Miejsce namierzone z kajakowego przewodnika i poparte satelitarnymi
zdjęciami, na których widać, że samochodem da się dojechać. Po ostatniej akcji z używaniem
łańcuchów zimowych do jeżdżenia latem w terenie, już mam trochę dość ekperymentów :-(
Polana sprawdziła się na 5 z plusem i była idealnym punktem, z którego można rozpocząć
wędkowanie w kierunku Damna. Tam właśnie poszedłem celem rozpoznania terenu za
pierwszym razem po przyjeździe. Co prawda blisko zniszczonej kładki przy Wiatrowie
Łupawa jest trochę nudna i mało tutaj konkretnych rynienek, a więcej spokojnej wody, to
w miarę posuwania się w górę rzeki robi się coraz fajniej. Szkoda tylko, że w samych
walorach wędkarsko-krajobrazowych, bo mimo przeczesania dosyć dokładnie każdej
grubszej wody, to nie złowiłem prawie nic. Prawie, a nie zupełnie, bo na sam koniec
chwyciłem jakiegoś, chyba zeszłorocznego, lipionka. Ledwo z dłoni wystawał. Albo ja łowić
nie umiem, albo ryb tutaj tyle co wszędzie...
W górze (czyli w kierunku Damna) słabo. Więc może trzeba uderzyć
od kładki w dół? Woda wygląda obiecująco... Pogoda nam dopisuje, jest po prostu upał i
fantastyczne babie lato. Ubieram się w neopren, mapa w rękę i idę przez pola w kierunku
Drzeżewa. W miejscu gdy droga zbiliża się do lasu skręcam w prawo i szukam rzeki.
Będzie wygodnie iść pod prąd i skończyć przy namiocie. No, w końcu widać Łupawę.
Ale co to? Przed sobą mam rozlewisko i cofkę z elektrowni.
Pięknie... Przecież elektrownia
miała być w okolicach Drzeżewa, a nie tutaj. Tak więc płacę frycowe za nieznajomość terenu.
Oraz za pobieżne przestudiowanie tego odcinka na mapach. Wracać nie ma co, więc decyduję się
na ropoznanie "ogniem". Z uporem maniaka brnę w chaszcze i idąć w górę rzeki szukam
pierwszych oznak wypłycenia wody i szans na wejście z wędką. To był błąd. DUŻY błąd!
Ludzie! Takiej dziczy to w życiu nie widziałem! W paru miejscach to się po prostu czołgałem,
bo pozwalane drzewa zupełnie blokowały przejście. Las gęsty, dziewiczy, blisko wody bagna i
chyba tysiące jam bobrowych. Na ciele neopren, a słońce w zenicie... Kilka razy przystawałem, bo
od przegrzania kręciło mi się w głowie. Naprawdę, zanim po raz pierwszy namierzyłem zejście do wody,
to mało nie padłem. Pewną nagrodą było oglądanie fenomenalej wielkości borowików i koźlarzy, ale
to marna pociecha w momencie, kiedy nawet nie ma jak ich ze sobą (na otarcie łez) zabrać.
Cofka powoli, ale naprawdę powoli ustępowała, więc co rusz z narażeniem życia pakowałem się
w głębiny i nimfowałem w mega rynienkach. Niestety na próżno. Po bardzo długim czasie (w stosunku do
długosci odcinka) dotarłem do obozu. Teraz już wiem, że gruba woda i cofka tak naprawdę kończą się
100-200m poniżej kładki k. Wiatrowa. Żeby to sprawdzić wylałem litry potu. I to wcale nie w
przeniośni: po raz pierwszy chlupało mi w neoprenie i to nie dlatego że był nieszczelny.
Łupawa w wersji standardowej i surviwalowej nie przyniosła wędkarskich sukcesów. No coż, trzeba
wsiadać w auto i się pofatygować do Drzeżewa. Staję Fordem koło mostu, wyglądam na rzekę i
po prostu szczęka mi opada!!! Ja rozumiem, że trzeba skarby ukrywać i że dobre łowiska
nie wymagają reklamy. Ale taką wodę to powinien zobaczyć każdy muszkarz! Po prostu jest tu przepięknie.
Z góry widzę nurt meandrujący przepięknymi rynnami i kilka głazów na zakręcie. Ech, trza brać sprzęt
i do dzieła. Koło Strzeszyna Łupawa też jest bardzo ładna, ale tutaj każdy wielbiciel pływania muchą
od razu poczuje dreszczyk, jak tylko rzuci okiem na wodę. Cofam auto na pobocze i zaczynam się składać.
W międzyczasie zagajam do autochtona. Nawet rozmowny: ryb nie ma, pustynia, tłumy w czasie Mistrzostw,
nawet miejscowi tu już nie łowią, bo i po co, jak ryb nie ma i tak dalej. Po porannych cierpieniach na cofce
nic mnie nie zraża, ale brodząc rzeką już jestem trochę mniej agresywnie nastawiony na złowienie całego stada.
Może jeszcze coś tu pływa? Zaraz za zakrętem testuję czarną złotogłówkę i zacinam lekkie przytrzymanie.
Nie do wiary! JEST! Napawam się kilkoma odjazdami miarowego lipienia i fantastyczną przyrodą. Delikatnie
odczepiam i wypuszczam zdobycz. Nie, to chyba jakiś zupełny fart. To się już na pewno dzisiaj nie
powtórzy. Ha, nic bardziej mylnego. Powoli mijam kolejne rynienki z rozkoszą przyglądając się
nasłonecznionym łąkom, o których czytałem w relacji na Flyfishing, że takie podobne do szkockich.
Czeszę prądziki i spokojniejszą wodę, powoli dochodząc do tzw. przelewu. Nie ma co się do
niego spieszyć, mam czas. Biorę się za gruby uciąg powyżej przelewu. Gdzieś na dnie majaczą
spore głazy. Aż pachnie rybą... Topię nimfy do dna i powoli "włóczę" je po żwirze. Drobne przytrzymanie
i czarna nimfa znowu znajduje amatora :) Pare odjazdów i uwalniam 35-tkę. Mocno wątpiąc, że coś jeszcze
może tu zakąsić, przesuwam się o metr i po paru rzutach znowu kolejny wymiarek.
Co za frajda, są ryby. To trzyma człowieka przy życiu. Dobrze, że udało się słupskim wędkarzom
storpedować plany PZW w temacie skasowania no kill na tym odcinku. Zarybień jest tak mało, że no kill
mogłoby być wszędzie, a przynajmniej jeden odcinek na każdej rzece. To jedyny sposób na to, aby takie
hobby jak muszkarstwo, miało jakikolwiek sens.
Rynnę zostawiam w spokoju i powoli przesuwam sie w dół obserwując przelew. Zaczyna się olbrzymim głazem
narzutowym, od którego rzeka mknie w dół robiąc "S". Nawet nie mknie, a właściwie spada. Robię masę zdjeć,
ale dopiero wracając z ryb przypominam sobie, że teraz każdy cyfrak ma możliwość nagrywania krótkich filmików.
Tylko tak dałoby się uwiecznić urok tego miejsca. Przechodzę jeszcze kawałek w dół, już niespecjalnie
przykładając się do przechytrzenia lipieni. Wracam do Drzeżewa przez łąki i wiem, że tu na pewno wrócę :)
|