|
Opis wyjazdu do Brazylii 02.2004.
(tekst powstał w lutym 04')
Jak zwykle nie ma czasu na dłuższe eskapady. I znowu lecę tylko na tydzień. Dobrze, że towarzystwo dopisuje, bo 27h w jedną
stronę, to naprawdę trudno wytrzymać. Pierwsze ciekawsze
spostrzeżenia odnotowaliśmy jeszcze w powietrzu: Brazylia to wcale nie jest kraj pokryty lasem tropikalnym. Wszędzie krajobraz
przypomina mazowieckie pola uprawne z rozproszoną zabudową. No tak, w końcu te 190 mln ludzi musi gdzieś mieszkać i coś jeść.
Spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Punktem kulminacyjnym był przelot nad Sao Paulo, gdzie przesiadaliśmy się na linie krajowe.
Miasto rozciągało się (mimo lotu na pewnej wysokości) od horyzontu po horyzont. Niesamowite! Kilkanaście milionów ludzi
w jednym miejscu. No i lotnisko w środku miasta. Podchodząc do lądowania zaglądasz ludziom do okien.
Po dwóch przesiadkach i drobnych perypetiach z bagażem jesteśmy na miejscu. Na szczęście nie cały
brazylijski las został wykarczowany i po przelocie na zachód mieliśmy
okazję obejrzeć dżunglę w prawie pierwotnym stanie. Miłe zaskoczenie to to, że różnica czasu z Polską wynosi tylko 3 godziny.
To sprawia, że mimo zmęczenia można od razu
normalnie funkcjonować. Pierwszy etap to Iguassu Falls. Stacjonujemy w stylowym hotelu prawie przy samym wodospadzie.
Kilka spraw organizacyjnych i nie tracąc czasu nad wodę. Stajemy na dużym tarasie i naszym oczom ukazuje się widok,
który tak zachwalają wszystkie przewodniki: bezkresny las tropikalny, a w środku monstrualnej wielkości uskok, z którego kaskadami
spływa woda. Szerokości chyba z kilka kilometrów. Tak, dla tej chwili warto było się tyle męczyć. Tutaj jest środek lata.
Stoimy sobie w ciepełku i chłoniemy trudną do zdefiniowania energię. Mocny szum, wilgoć z rozpylonej wody, no i ogrom zjawiska
daje efekt podobny do tego, który odczuwałem podczas pierwszego spojrzenia na Wielki Kanion. Tyle, że tutaj wszystko jest
soczysto zielone.
W ciągu trzech dni "zaliczyliśmy" wszystkie formy zwiedzania wodospadów. Kładkami od strony brazylijskiej,
kolejką i kładkami od strony argentyńskiej, pontonami i helikopterem. Wszystkie są godne polecenia i wnosza coś
niepowtarzalnego. Osobiście to najbardziej jestem zadowolony z pontonów, bo udało mi się zrobić z wody najlepsze zdjęcia jakie
zrobiłem kiedykolwiek. Mocno narażałem aparat na zalanie, ale opłaciło się. Naprzemian chowałem go w wodoszczelnym
pokrowcu i wyjmowałem. "Diabelska gardziel", jak nazywany jest główny wlew w wodospadzie, z góry wygląda imponująco, ale po dopłynięciu w jego
pobliże pontonem dopiero czuje się jego ogrom i siłę. Kipiel jest nieprawdopodobna, a nurt rzeki po prostu piorunująco silny.
Na odcinu ok. 100m rzeka nadal prawie spada w dół. Wokół kłębią się wiry, które mieszają się z rozbryzganą parą wodną i deszczem. Huk
spadającej wody niemal ogłusza.
Chyba na zasadzie kontrastu zwiedzającym wodospady serwuje się prezentację brazylijskiej myśli inżynierskiej:
elektrownię wodną Itaipu. Tutaj mamy doczynienia z tym co człowiek może zrobić dobrego z puszczą i przyrodą w ogóle. Rzekę przegrodzono
tamą o długości kilku kilometrów i wysokości maksymalnej 100m. Wszystko zabetonowano i rozryto. Elektrownię warto zobaczyć, bo produkuje
najwięcej energii w skali roku, chociaż nie jest to obiekt o największych na świecie rozmiarach. Stanowi joint venture Brazylii i
Paragwaju. Ciekawostką jest fakt, że z 18-stu turbin już dwie dają tyle enrgii ile Paragwaj potrzebuje. Reszta jest sprzedawana Brazylii
i tą metodą Paragwaj spłaca pożyczkę. Podobno od ok. 2010 Paragwaj spłaci się i zostanie drugim Kuwejtem, tyle że z odnawialnym źródłem
energii, na którą zapotrzebowanie w Ameryce Południowej jest spore.
Trzy dni nad Iguassu minęły bardzo szybko i przyjemnie. Kolejne trzy spędziliśmy w Rio de Janeiro, mieszkając
w hotelu Meridian, położonym tuż obok plaży Copacabana. Widok z góry na plażę jest super, ale hotel nie ma takiego standardu, na jaki
wygląda. No cóż, w takim miejscu wszystko się sprzeda i za dowolną cenę.
Pierwszego dnia "zaliczyliśmy" obowiązkowe punkty: Chrystusa i Sugar Loaf. Pogoda trochę nie dopisała, bo pułap
chmur był na 400m, więc momentami z góry nic nie było widać i trudno było robić zdjęcia. Rio jest bardzo fajnie położone.
Góry przeplatają się z uroczymi zatokami i plażami. Wszędzie jest masa wysp. Sporo osiedli, szczególnie tych starszych i bardziej
luksusowych, zbudowano na stromych tarasach. W jednych z takich miejsc stanęliśmy na bardzo przyjemny obiad w restauracji
niemalże przyczepionej do skał. Oczywiście z fajną panoramą miasta. Kilka razy zmienialiśmy srodki transportu: z autobusu na
samochody terenowe, a te z kolei na zabytkowy tramwaj, który dojeżdża w pobliże katedry. Ciekawostka jest budowa tego
obiektu sakralnego: wyjątkowo podstawę stanowi okrąg, a nie krzyż, jak to zazwyczaj bywa. Element krzyża realizowany jest za pomocą
świetlika w suficie i potężnych witraży spadających jako promienie światłą w dół.
Brazyli, podobnie jak inne państwa Ameryki Południowej, znana jest z bardzo jaskrawego podziału
społeczeństwa na bogatych i biednych. Faktycznie, w Rio dostrzega się to bez najmniejszego kłopotu. Oprócz normalnie
wyglądających osiedli egzystują skupiska biedoty, fawele. To, że każde duże miasto ma jakieś swoje slumsy, to raczej norma. Niestety w Rio
o normie żadną miarą nie może być mowy, bo są to całe osiedla, wielkości Ursynowa. Setki domków zbudowanych z byle czego, ze ściekami płynącymi
środkiem ulic. Bród, smród i ubóstwo, plus zorganizowana przestępczość powodują, że lepiej się tam nie zapuszczać.
|