|
Opis wyjazdu do Japonii, Hong Kongu i Chin w
kwietniu 2005.
(tekst powstał w maju 05')
Dokładnie dwa lata temu byłem w Japonii. Zdjęć na
stronę wstawiłem sporo, adekwatnie do ilości
zwiedzonych miejsc. To był naprawdę maraton. Po
przylocie w poniedziałek rano (czasu lokalnego),
od razu zaczęliśmy zwiedzanie i tak przez pięć
dni bez przerwy. Po Japonii prawie od razu
leciałem do Barcelony, więc miałem niesamowitą
szansę porównania tych dwóch, jakże różnych,
miejsc. Od razu powiem, że Japonia wypadła wtedy
dla mnie bardzo na minus: ludzie strasznie
odizolowani, bez znajomości angielskiego;
generalnie zero nastawinia na turystów i
turystykę. Nie to co Hiszpania.
Tym razem plan podróży nie był tak napięty ze
względu na większą grupę. Ze zmęczenia przespałem
prawie cały lot. Fajnie, bo na miejscu mogłem od
razu sobie połazić po Kioto. Poprzednim razem
zwiedziliśmy Tokio i Osakę, a w Kioto w zasadzie
byliśmy moment, przesiadając się do pociągu
shinkansen. Sporo się przez te dwa lata zmieniło.
Prawdopodobnie ze względu na organizację tagów
World Expo 2005, Kioto mocno się podciągnęło w
rozwoju: nowe lotnisko otwarto na miesiąć przed
naszym przylotem.
Już w czasie jazdy z lotniska do hotelu ten sam
szok co zwykle: wszystko totalnie zabudowane.
Potworny ścisk, gęsta sieć autostrad przecina
miasto wzdłuż i wszerz. W zasadzie zwiedzanie "z
samochodu" jest mało skuteczne, ponieważ
widoczność z trasy ograniczają dźwiękochłonne
ściany. Dopiero w samym centrum można
poobserwować co nieco.
To co spotykam na każdym kroku, to niesamowity
porządek. Wszędzie są ludzie, którzy dbają o swój
"kawałek podłogi". W hotelu jak zwykle komitet
powitalny. Masa ukłonów i grzecznościowych
skinień głowy. Do noszenia bagażu oddelegowano
żeńską część personelu. Kilku z nas chce w
związku z tym odnieść bagaż osobiście, co spotyka
się z kompletnym brakiem zrozumienia Japonek.
Nikt tego nie mówi otwarcie, ale w Japonii na
pewno nie ma równouprawnienia. Część kobiet jest
aktywnych zawodowo, ale i tak musza znać swoje
miejsce w szeregu. Prosty przykład: wysiadając z
windy absolutnie nie przepuszczasz pań przodem.
To norma. Warto też pamiętać, że nie dajemy
napiwków. To starsznie krępuje autochtonów. Za
swoją pracę dostają wynagrodzenie i nie oczekują
niczego więcej.
Skoro o pracy mowa, to muszę koniecznie wspomnieć
o innej ciekawej obserwacji. Japończycy są
zapewne bardzo pracowici, ale jeżeli chodzi o
organizację pracy, to chyba nie wypadają
najlepiej. Miałem mocne wrażenie, że wszędzie po
kilka osób robi coś, co może zrobić spokojnie
jeden człowiek. Na myśl ciągle przychodziło mi
odczucie ukrytego bezrobocia, tzn. ludzie mają
etaty, ale nie ma to nic wspólnego z faktyczną
potrzebą ich zatrudniania. Skrajnym przykładem
tej tezy był gość, którego nazwaliśmy "menedżerem
zakrętu". Otóż na lotnisku, na półpiętrze
schodów, stał facet który informował, w którą
stronę należy iść. Tak jakby była inna
możliwość... Co więcej, co jakiś czas zdarzał się
Japończyk, który pytał go: gdzie teraz skręcić?
Tutaj, tutaj, odpowiadał "menedżer" z dumą.
Ciekawe. Coś mi sie wydaje, że jest więcej takich
elementów, które pociągnęły japońską gospodarkę w
dół, w porównaniu z innymi krajami. Ludzka praca
jest bardzo droga w krajach wysokorozwiniętych. A
Japończycy, jak mi się wydaje, zastąpili w
fabrykach ludzi robotami, ale znaleźli im inne,
wcale nie mniej płatne posady. Genialne, ale
dookoła Chińczycy i brak sentymentu dla
jednostki...
Słabe strony ma każda nacja i kraj. Ale Japonia
ma kilka rzeczy, których można pozazdrościć:
jedzenia i bezpieczeństwa dla obywateli. Można
spokojnie poruszać się po kraju bez obawy o
jakieś napady i kradzieże. Na pewno srogi system
feudalny panujący do niedawna, oraz naturalna
izolacja wyspy odcisnęły na ludziach mocne
piętno. Niemniej chyba trudno znaleść
kilkunastomilionowe metropolie w których nie ma
slumsów i bandytyzmu.
Jeszcze jakiś czas temu, mimo że ryby lubię,
surowizna jaką Japończycy serwują i w tonach
zjadają, lekko mnie przerażała. Po pierwszej
wizycie sushi zaczynało mnie trochę nudzić. Po
drugiej z całą pewnością mogę stwierdzić, że
kuchnia japońska jest genialna. Po prostu jest
zdrowa i lekko strawna. Nawet porządne obżarstwo,
jakiego doświadczyłem w Rolling Sushi Bar, nie
stanowi specjalnego problemu dla żołądka. Po
obfitej kolacji śpi się normalnie, a rano wstaje
z apetytem. Małe porcje (chociaż liczne), mało
tłuszczu i zielona herbata, to zestaw, za którym
szybko po powrocie do Polski zacząłem marzyć.
Nawet będą w Hong Kongu zamiast kuchni chińskiej
wybierałem japońską. Chociaż i chińska ma wiele
zalet.
Cieżko wszystko co inne w Japonii opisać w
detalach: naprawdę tego sporo. Mają mało miejsca
i są mniejsi, a więc dla człowieka 180/110 jest
czasami trudno znaleść miejsce. Wchodzenie do
restauracji, czy pokoju na bosaka. Najmocniejsze
sake ma lekko ponad 20%, a część Japończyków
zwala z nóg, bo mają genetyczny brak białka do
rozkładu alkoholu. Na pytanie, czy geisha może
zmienić zawód na inny, mężczyżni turlają się po
ziemi ze śmiechu, a podobno geisha nie jest
prostytutką... Po pracy można udać się do
specjalnego baru nawet samemu. Jeżeli nie ma się
kompana, to pije z Tobą jedna z zatrudnionych
pań. Z tym że jest tylko i wyłącznie do
towarzystwa, przeraszam, do picia. Byliśmy w
takim miejscu i paniom nie przeszkadzało, że ja
gadam po polsku, a one po japońsku. Kasy z
bankomatu nie wypłacisz, chyba że masz konto w
japońskim banku (ale kartą płacić można; co z
tego, jak w monopolowym tylko cash...). Jak
byliśmy w uzdrowiskowym regionie Hakone, to w
hotelu można było (a nawet trzeba) pływać na
golasa. Panie i tak miały wstęp wzbroniony. Swoją
drogą hotelowe pokoje czasami oferują tylko
materac na podłodze do spania. Ale za to wucet
najcześciej jest podgrzewany. Jak widać japońscy
faceci nie różnią się od innych i też lubią miło
spędzać czas w "świątyni dumania".
Osobny rozdział kultury japońskiej, to już
wspominana geisha. Trochę się zdziwiłem, ale
faktycznie nie wszyscy widzieli występ takiej
pani, ani nawet samą geishę na żywo. Miałem to
szczeście, że obejrzałem show młodszej geishy,
czyli maiko. Pani trzymała nakredowaną twarz w
ogromnej powadze prawie do samego końca, ale w
końcu ją rozśmieszyliśmy. Po występie w
eleganckim kimonie, którego każda klapka i fałda
ma swoje znaczenie (w hierarhii gesh), panienka
nalewała nam piwo i sake do kolacji. Całkiem
przyjemne to japońskie imprezowanie...
Nie samym imprezowaniem człowiek żyje.
Zajrzeliśmy na World Expo 2005. Ostatnie targi w
Hannowerze były raczej niewypałem, ale te w
Japonii cieszyły się pokaźną frekwencją. Musze
przyznać, że komunikacyjnie to był majstersztyk.
Każdy kraj inaczej podchodzi do tematu, ale
polskie stoisko było całkiem OK. Nie było do nas
co prawda takiej kolejki, jak do Toyoty (o rety,
dzień czekania), ale trochę ludzi nas oglądało.
Chyba fasada z wikliny robiła dobrą robotę.
Niestety z powodu śmierci papieża nie
pokazywaliśmy koncertu z muzyką Chopina, ale i
tak prezentacja video i miniatura Wieliczki
wyglądały w porządku.
Z Japonii polecieliśmy do Hong Kongu. Na pierwszy
rzut oka też gęsto, tyle że wyżej. Ale od środka
jakże inaczej. Od razu widac europejski wpływ. W
końcu to była angielska kolonia. Wszędzie napisy
po angielsku, a prawie każdy zagadnięty
przechodzień, lub sprzedawca bez większego
kłopotu potrafi powiedzieć co i jak. Czuję się
jak ryba w wodzie. Mieszkamy w Shanhri-La Hotel.
Miejsce jest bardzo dobre, bo mamy bardzo blisko
do jednej z głównych, handlowych arterii: Nathan
Road. Masa tu sklepów z elektroniką. Cyfraki są
naprawdę dużo tańsze niż w Polsce, z tym że
niestety trzeba bardzo uważać na różne proste
chwyty. Np. dostajesz do obejrzenia sprzęt,
dajesz kartę, płacisz, a sprzedawca pakując towar
chowa go i mówi, że niestety nie ma tego modelu
co oglądałeś, ale moze zaoferowac inny, bardzo
podobny. Prymitywne, ale niestety Chińczycy i ich
mafia mocno się panoszy, i trudno potem z takim
handlowcem coś wywalczyć. Takich numerów jest
oczywiście więcej. Jak wchodzliliśmy w 2-3 do
sklepu aby się wzajemnie wspierać, to mimo że
sprzedawców było też kilku, to obsługiwali tylko
jednego z nas i nie byli za bardzo mili. Co
innego jak się wchodzi samemu: od razu kilku
"rzuca się" na Ciebie i robi młyn, aby Cię
oszołomić i skołować. Po jednej, dwóch wizytach i
spokojnych negocjacjach w ogóle nie są
zainteresowani sprzedażą. Bo tak naprawdę tanio
mają tylko używane, które wciskają jako nowe i
liczą na to, że się klient nie połapie w sklepie.
Nic to, kupiłem Sony T7 40% taniej niż u nas i
jakoś mi się udało. Z tym że nie na głównym
pasażu, tylko w centrum handlowym.
Hong Kong jest naprawdę ciekawy. Z tym że zakupy
są tutaj atrakcyjne raczej jeżeli chodzi o
ubrania. Dla Irlandczyków to był raj, bo u nich
zwykły T-shirt kosztuje majątek. W Polsce mamy
chińskie wyroby, więc nie ma takiego szoku. No i
tanie to są, ale podróbki. Zamiast zakupów
wybrałem po prostu zwiedzanie ciekawych miejsc.
Nie ma tu generalnie zabytków (świątynia Tung Wah
jest tutaj wyjątkiem). Ale nie brakuje
współczesnych atrakcji, które warto zobaczyć. W
hotelowym przewodniku znalazłem coś w rodzaju TOP
10 i większość z listy obejrzałem.
|