strona główna
Księga gości
Odwiedziłeś moją stronę? Spodobała Ci się? A może masz jakieś krytyczne uwagi? Wpisz się do KSIĘGI GOŚCI.
Google


Szukaj w sieci
Szukaj w tej witrynie
Kliknij, aby zobaczyć prognozę dla Warszawy.
Strona główna > Podróże > Nepal

Opis wyjazdu do Nepalu 03.2008.

(tekst powstał w lipcu 08')

Jadę do Nepalu. Ale przecież to chyba miejsce dla alpinistów, a nie ludzi spędzających większość życia przy komputerze(?). Himalaje, treking, wysiłek na maksa to chyba nie jest dla zwykłych śmiertelników. Ha, takie postrzeganie Nepalu jest w dużym stopniu błędne. Owszem, góry są, ale tylko na północy kraju, a całe południe to równiny, a nawet dżungla. Tak więc Nepal ma różne oblicza i każdy może znaleść tutaj coś dla siebie.

Jedziemy w marcu i to jest idealna pora. Deszcz praktycznie nie pada, temperatura między 20 a 30 stopni. Idealnie. Lot jest dosyć długi, bo mamy przesiadki w Londynie i Katarze. W Katmandu jesteśmy wieczorem. Nocleg w hotelu Annapurna, skąd do Tamelu można dojść na piechotę, więc tam się od razu wybieramy na rekonesans. Trochę sklepów, świateł, totalny chaos na drogach, czyli norma. Od razu zostajemy okrążeni przez ulicznych handlarzy. Ja nie kupuję niczego, więc trochę odpuszczają, ale Paweł negocjuje z każdym i ma rój wokół siebie. Ale to go bawi. Wielicki kupuje trochę torebek z tkaniny od dzieciaków, żeby pomóc im w biedzie. Za te parę groszy będą miały na jedzenie. Ceny niskie, szczególnie na sprzęt turystyczny. Podobno przebiega tędy szlak przemytniczy z Chin, więc oryginalne GoreTexy można kupić za mniej niż pół ceny. Ja i Michał po jakimś czasie nudzimy się handlarzami i rozglądamy za okazją do posiedzenia i wypicia jakiegoś piwa. Idziemy do Reggae Clubu. Strzał w dziesiątkę! Lokalni rokmeni grają na żywo, a na na matach przy niskich stołach można oddać się paleniu. Generalnie wszyscy wyluzowani na maksa. Dużo europejczyków, widać że obieżyświatów. Z Reggae idziemy dalej do kilku nocnych klubów. Standard raczej marny, ale trzeba przyznać, że w czasie całonocnej eskapady nikt nie miał problemów, jeżeli chodzi o jakieś zaczepki, czy bezpieczeństwo. W Brazylii to by nas już dawno zamordowali, a tu z rikszarzami można jeździć od klubu do klubu i spoko. Przyjemne.

Rano wyjeżdżamy na południe w kierunku parku Chitwan. Kręcimy autobusem serpentyną i po chwili stajemy. Korek widać na kilka pięter w dół. Jak zepsuje się jakaś cieżarówka, to nie ma jak tego ominąć i wszyscy czekają, aż naprawione auto ruszy. Po jakimś czasie jedziemy dalej, aby po drodze zaliczyć spływ rzeką Trisuli. Nie jest to zbyt ekstremalne przeżycie, ale kilka kaskad trochę emocji dostarcza. W przerwie zakąszamy suszonym mięsem i odpoczywamy na brzegu.

Do parku Chitwan docieramy wieczorem. Śpimy w luksusowych bungalow'ach. Imprezujemy nad rzeką Rapti, pływamy dłubankami, robiąc zdjęcia krokodylom. Zaliczamy wycieczkę do dżunglii na słoniach. Trzeba przyznać, że to niesamowite miejsce na fotograficzne safari, bo nosorożce pasą się tu stadami i łatwo je podejść. Ale o tygrysach z marszu to raczej trzeba zapomnieć. Ciekawe wrażenia wynieśliśmy z hodowli słoni. To bardzo kaprysne zwierzęta i trzeba być ostrożnym. A już na pewno nie podstawiać stopy pod nogę słonia, co chciał zrobić jeden z nas, próbując zabrać plastikową butelkę. Nawet taki słoń-średniaczek waży tyle, że stopę może zmiażdżyć. Butelkę mineralnej wciąga do trąby na raz, a potem wstrzykuje do paszczy (nosem się nie pije...). Podejrzewam, ze rzeczą nie do przebicia na innych wycieczkach jest wspólna kąpiel ze słoniami, którą tu można zaliczyć na koniec wycieczki. Łącznie z prysznicem.

Dżungla stanowi obszar chroniony, więc plemię Taru zostało z niej wysiedlone i mieszka na obrzeżach parku. Trochę kasy dostają od turystów, trochę zarabiają na wytwarzaniu prostych przedmiotów z wikliny. Trudno ocenić na ile zmieniły im się warunki życia, ale wygląda, że raczej mają tak jak setki lat temu. Mieszkają razem ze zwierzętami hodowlanymi. Woda pitna i ścieki chyba stanowią jedną całość. Ciekawostką jest to, że kobiety Taru tatuują sobie dłonie i stopy. Przynajmniej starsze, co widać na zdjęciach. Dzieciaki mają kreski wokół oczu, co wygląda trochę demonicznie. Podobno Taru są wyjątkowo odporni na malarię. Niektórzy uważają, że ze względu na jednoczesną dużą odporność na alkohol ;-) Na pewno na dziś mają sporą odporność na marihuanę, która rośnie sobie we wsi, jak żywopłot :)

Z Chitwan jedziemy do Nagarkot. Czyli wracamy na północ, przejeżdżamy Katmandu i jedziemy do hotelu na wys. prawie 2200 m n.p.m. Hotel podobno jest najbardziej lususowy w Nepalu. Na jego dachu zrobiono taras widokowy, z którego przy odrobinie szczęścia można oglądać niesamowitą panoramę Himalajów. Niestety, szczęścia nam trochę zabrakło i od rana była mgła i padał deszcz. Na szczęście organizatorzy wycieczki zadbali o to, abyśmy nie wrócili z Nepalu nie widząć najwyższych gór świata i zafundowali nam lot małym odrzutowcem wzdłuż Himalajów. Tak więc zostałem samolotowym zdobywcą najwyższego szczytu świata :) Mt. Everest to ta góra na zdjęciach, która "dymi". Po prostu wieje tam tak silny wiatr, że zwiewa śnieg. Z samolotu był to widok szczególny, wiec wyobrażam sobie jakie potężne wrażenie robi Everest z bliska. No ale na takie wycieczki czasu nie było. Przy okazji mała obserwacja: przedgórze Himalajów w ogóle nie jest pokryte śniegiem. Trudno oczenić do jakiej wysokości, ale na pewno śniegu nie ma na 3000m, a może i wyżej. To stwarza idealne warunki do trekingu, a wędrowanie od szczytu do szczytu musi być niezapomnianym wrażeniem.

Dżungla i Himalaje to już wystarczający powód, aby odwiedzić Nepal. Ale to nie wszystko. Katmandu i okolice, to 7 zabytków wpisanych przez UNESCO na listę światowego dziedzictwa. Oprócz Katmandu, również Patan i Bhaktapur były siedzibami władców. Wszystkie te miejsca mają niesamowitą liczbę zabytków, swój lokalny klimat. Na pewno na wszystkich szokujące wrażenie robi święta (dla wyznawców buddyzmu i hindiuzmu) rzeka Bagmati. Nad jej brzegami pali się zwłoki (hindusów), lub zakopuje ciałą (buddystów). Czasami biedna rodzina nie ma tyle kasy, aby spalić ciało do końca, więc nadpalonego truposza wrzuca się do wody. Ponieważ rzeka jest tak zaśmiecona, że nie zawsze "niedopałki" spływają, więc rozgarnia się kijami odpadki i popycha szkielety. Bagmati tak śmierdzi, że trudno wytrzymać, co nie przeszkadza miejscowym nad nią mieszkać, prać w niej i się kąpać...

Ale generalnie z higieną jakoś sobie radzą. Kobiety całymi dniami coś piorą w rzekach, strumieniach, czy kałużach. Fajnie wyglądają przydomowe prysznice z wodą z górskich źródełek. Brrrr....

Na zakończenie chyba wypada mi się pochwalić: widziałem żyjące bóstwo! Kumari. Korzystając ze specjalnych znajomości dostaliśmy pozwolenie na wizytę w Kumari Ghar, czyli drewnianym, dwupiętrowym domu na Katmandu Durbar Square. Kumari nie wolno pod żadnym pozorem fotografować (przynajmniej turystom), więc na zdjęciach jest tylko dziedziniec budynku. Kumari pełni funkcję bóstwa do pierwszej miesiączki, więc są to dzieci (dziewczynki) w wieku 4-14 lat. Kumari nie uczy się (bo jest wszystkowiedząca), nie ma opieki lekarskiej i generalnie nie opuszcza budynku. A potem wyrzuca się ją na bruk. Żaden wierzący mężczyzna nie weźmie jej za żonę, bo to przynosi nieszczęście. Nasza Kumari stanęła na wysokości zadania: żując gumę rzuciła na nas okiem z drugiego piętra i tyle ją widzieli :)

Co tu dużo gadać, Nepal trzeba koniecznie zobaczyć. Jest tam trochę zamieszania związanego z walkami wewnętrznymi. Tybet jest tuż, tuż. Ale tylu różnych wrażeń w jednym miejscu chyba się nie znajdzie nigdzie. Nepalczycy są bardzo sympatyczni i chociaż bieda wszędzie, aż piszczy, to było bezpiecznie, tanio i przyjemnie. Żeby sie samodzielnie poruszać po kraju najlepiej mieć małe nominały w lokalnej walucie. Dlatego podaję garść informacji, gdzie kupować i wymieniać. Kantory wymiany walut znajdują się na międzynarodowym lotnisku w Katmandu, w bankach i na przejściach granicznych. Zarówno Pokhara, jak i duże miasta graniczne mają oficjalne punkty wymiany pieniędzy, ale w innych miejscach, nawet sporych miejscowościach, zrealizowanie czeków podróżnych może nastręczać sporych trudności. Wybierając się w góry, należy wziąć z sobą tyle gotówki w małych nominałach, by starczyło na całą wędrówkę. Banki są zwykle otwarte od niedzieli do czwartku w godz. 10.00–14.00, a w piątki do południa. Najlepsze banki prywatne to Nepal Bank Ltd, Nepal Grindlays Bank, Himalayan Bank i Bank of Kathmandu. Niektóre hotele i ośrodki wypoczynkowe również mają punkty wymiany pieniędzy (kursy zazwyczaj korzystne, ale na wszelki wypadek warto się wcześniej rozejrzeć). Kursy wymiany walut i opłaty manipulacyjne są różne w zależności od banku, opłaca się więc najpierw porównać oferty. Oprócz banków, wymianą zajmują się licencjonowane kantory w większych ośrodkach (Katmandu, Pokhara, Birganj, Kakarbhitta i Sonauli/Bhairawa). Zazwyczaj kantory stosują korzystniejsze kursy, ale pobierane opłaty są wyższe niż w bankach. Niezaprzeczalną jednak przewagą kantorów jest tempo obsługi (operacja wymiany pieniędzy trwa parę minut) oraz czas pracy (zwykle 9.00-19.00, nierzadko we wszystkie dni tygodnia).

Valid XHTML 1.0!

Copyright © 1999-2010 Adam Pawtel (abyss@pawtel.pl)

Poprawny CSS!

statystyka