strona główna
Księga gości
Odwiedziłeś moją stronę? Spodobała Ci się? A może masz jakieś krytyczne uwagi? Wpisz się do KSIĘGI GOŚCI.
Google


Szukaj w sieci
Szukaj w tej witrynie
Kliknij, aby zobaczyć prognozę dla Warszawy.
Strona główna > Podró?e > Islandia

Opis wyjazdu do Islandii 06.2009.

(tekst powstał w czerwcu 09')

Islandia długo pozostawała na uboczu szlaków turystycznych, a jedynymi obcokrajowcami, którzy tu docierali, byli marynarze statków rybackich. I nic w tym dziwnego - z wyspy oddalonej 800 km od Szkocji i ok. 1000 od Norwegii najbliżej jest na... Grenlandię - 290 km! Islandia leży dokładnie na styku Europy i Ameryki Północnej, pomiędzy dwoma półkulami, a klimatem bardziej przypomina okolice bieguna niż Stary Kontynent. Również długość dnia, która w czerwcu dochodzi do 21 godzin!!! znacznie odbiega od "europejskich standardów".

Islandia położona jest w strefie klimatu subpolarnego na północy i umiarkowanego chłodnego morskiego na południu, który łagodzony jest przez ciepły Prąd Zatokowy. W Reykjaviku Średnia temperatura w czerwcu wynosi ok. 12 stopni celsjusza, ale latem zeszłego roku padł rekord 28 stopni. W Islandii opady, często przelotne, występują przez ok. 280 dni w roku, ale czerwiec należy do najbardziej suchych miesięcy i jest jednym z najlepszych okresów do odwiedzenia wyspy gejzerów.

Startujemy: przelot z Warszawy przez Kopenhagę do Reykjaviku przebiega w świetnej atmosferze. Po drodze z lotniska wizyta w słynnym geotermalnym Spa Blue Lagoon, gdzie doświadczamy pierwszego kontaktu z niesamowitą islandzką przyrodą. Wspaniałe widoki, krystalicznie czyste powietrze, ciepła morska woda i orzeźwiający drink powitalny. Dookoła lawa i marsjański krajobraz. Naprawdę wyjątkowe doznania. Po 2 godzinach moczenia się w solance jedziemy do hotelu, a potem ruszamy w miasto. Dzień trwa w zasadzie na okrągło. Dosyć szybko dokonujemy ciekawego spostrzeżenia: samochodów trochę jeździ, ale praktycznie nie widać żadnych pieszych. W ogóle miasto jakby trochę wymarłe. Faktycznie, przy 300 tys. mieszkańców i powierzchni kraju o wielkości 1/3 Polski, to nic dziwnego. Islandczycy muszą naprawdę chcieć, aby zorganizować jakieś tłumne zebranie. W zasadzie to stanowi to jeden z podstawowych elementów ich historii i kultury. Pierwsze obrady parlamentu mieli już w 930r. (Althing), na terenie obecnego parku narodowego Pingvellir (ew. Thingvellir). Współcześnie oczywiście sprawa spotkań w sprawach "urzędowych" została wyparta przez całonocne (w czerwcu właściwie to całodzienne...) imprezowanie w barach i pubach. Czyli tzw. runtur: imprezowanie i włóczęga od baru do baru, a częto i mieszanie krwi... Kilka osób sprawdziło: naprawdę jest czadowo i kolorowo :) W restauracji w której jedliśmy kolację byliśmy, jak się okazało po jakimś czasie, obsługiwani przez kelnera, który był Polakiem. Zagadneliśmy go, jakie mają lokalne przysmaki. To był błąd... Podał nam jeden z tych delikatesów: zgniłego rekina. Zjadłem, ale zdecydowanie odradzam. Nawet zapicie szklanką wina nie za bardzo pomaga. Smród i okropieństwo. Fuj, najgorsza rzecz jaką jadłem do tej pory. Gorsze niż kotlet mielony, albo tarbagan w Mongolii.

Rano jedziemy w teren. Krajobraz zgodny z wcześniejszymi opisami: wszędzie pustkowie o księżycowym charakterze. Ziemia różni się w wielu miejscach tylko tym, czy lawa jest jeszcze świeża, czy też już trochę zerodowana. Co jakiś czas pojawiają się małe farmy zajmujące się głównie hodowlą zwierzaków. Okres wegetacji jest krótki, więc lokalnie to uprawiają z trudem ziemniaki i pomidory. A raczej ziemniaczki i pomidorki, bo takie to mikre. Zwiedzanie zaczynamy od Pingvellir. Z platformy widokowej widać potężną dolinę ze sporym jeziorem. To tutaj jest podobno jedyne miejsce gdzie widać jak ścierają się płyty kontynentalne. Widać sporo rozpadlin i fajnych form geologicznych, łącznie z miejscem, gdzie obradował parlament. W jeziorze Pingvallavatn można nawet nurkować. Szkoda, że nie miałem tej przyjemności. Woda jest krystalicznie czysta, a widoczność dochodzi podobno do 100m. Z Thingvellir jedziemy w kierunku doliny Haukadalur, która razem z wodospadem Gullfoss tworzy trasę turystyczną Golden Circle. Po drodze zaliczamy zwiedzanie jaskini wulkanicznej. W kaskach i z czołówkami na głowach włazimy do małej, ledwo widocznej z pewnej odległości, rozpadliny. Jaskina ma ze 20m głębokości i ok. 700m długości. Okazuje się bardzo trudną przeprawą po oblodzonych zwaliskach skalnych. Moje kolana tak dostały w kość, że zaczęły chrupać... W połowie podziemnej drogi zatrzymaliśmy się na chwilę i zgasiliśmy światła. Niby sprawa oczywista, ale rzadko jest okazja do sprawdzenia tego: byliśmy w zupełnej ciemności. Bez żadnej poświaty. Widoczność 0m. Bez latarki, to tak jak w zamulonej wodzie: bez szans na odnalezienie drogi.

Po jaskini postój w Haukadalur i oglądanie gejzerów, w tym tego słynnego o nazwie Geysir, od którego wzięły nazwę wszystkie inne podobne źródła geotermalne na świecie (czyli gejzery...). Geysir od lat 60-tych działa sporadycznie i był bodajże 2-gim co do wielkosci na świecie (80m). Ale co 5-10 minut działa mniejszy, 35-cio metrowy Strokkur. Dookoła jest też parę mniejszych źródeł. Cała okolica robi wspaniałe wrażenie. Wszędzie ziemia aż dymi. Widać, że pod spodem ścierają się potężne siły.

Na koniec dnia docieramy do wodospadu. Nie widać go w płaskim terenie, bo rzeka nie tworzy rozległej doliny, tylko wcina się w ziemię bardzo wąskim i głębokim wąwozem. Zasilany wodą z lodowców Gullfoss jest ogromny. Masy wody spadają z hukiem i podnoszą całe chmury wodnej mgły. Podobno w czasie słonecznej aury widać całą ferię tęczy i barw rozszczepionego w wodzie światła. Niestety my jesteśmy jak jest pochmurno. Ale i tak zwiedzanie i fotografowanie to sama przyjemność. Ale trzeba uważać. Urwiska nie są praktycznie niczym zabezpieczone, a mokra skała zwiększa niebezpieczeństwo poślizgnięcia się. Sam nie wiem jak to możliwe, ale nikt chyba jeszcze nie wpadł do tej wodnej otchłani. Piszę o tym, bo jak się ogląda gdzie zaglądają niektórzy niedzielni turyści, to włosy się trochę jeżą na głowie. Sam nie wiem, może jestem przewrażliwiony? Po powrocie do Rejkjawiku idziemy do Perlan, czyli obrotowej wieży z restauracją zbudowanej nad zbiornikami gorącej wody. W czasie kolacji powolna wędrówką stolika i podłogi umożliwia "panoramowanie" stolicy na okrągło, że tak powiem :)

Trzeciego dnia kolejne lokalne atrakcje. Tym razem do przemieszczania się dostajemy 3 potężne samochody terenowe. Razem z kierowcami. Wybieramy największy. I słusznie, bo prowadzi go może nie najlepszy kierowca terenowy, ale na pewno jeden z sympatyczniejszych, czyli młoda blondyna. To nam umilało nudniejsze chwile, gdy zamiast terenem, jechaliśmy asfaltem. Po drodze zapoznajemy się z odwiertami do źródeł geotermalnych wykorzystywanych przez jedną z elektrowni. Potem oglądamy wodospad Skogafoss: szerokość 25m, wysokość 60m. Prawym bokiem wspinamy się na szczyt. Wspaniałe widoki! Niedaleko stąd jest małe muzeum domków z XIXw. Straszne klitki, prawie ziemianki. Izolowane torfem i wzmacniane kamieniami. Mało jest tu drewna do palenia, więc pewnie małe pomieszczenia były bardziej ekonomiczne. Obok domków jest też kawałek mostu kratownicowego, który był swego rodzaju lokalnym inżynierskim osiągnięciem. Z muzeum Skoga pędzimy terenówkami na czarną plażę. Jest w Islandii kilka kąpielisk z piaskiem żółtym, ale są to plaże sztuczne. Terenówki na plaży pokazują swoją prawdziwą moc. Okazuje się, że żadne opony nie są za duże na tak luźną nawierzchnię i swoim autem zakopujemy sie parę razy. Tutaj mamy też zapewnioną nie lada atrakcję... Zostajemy pasowani na Vikingów i trzeba zjeść rekina. Zgniłego. Znowu... Ech, życie... Na szczęście Viking, to również picie flaszki z gwinta :) Po rekinie jak znalazł.

Islandia to kraina ognia. Są kratery, gejzery, lawa. Ale też jest to kraina lodu. Na wyspie jest kilka stałych lodówców i jeden z nich mieliśmy okazję odwiedzić i trochę po nim połazić. Mowa o Sólheimajkull, a właściwie o jęzorze tego lodowca. Zaopatrzeni w czekany i raki obejrzeliśmy strefę wypływu podziemnych rzek i parę niezłych zapadlisk. Lodowiec mocno się cofnął w ciągu ostatnich 10 lat. Na początku wycieczka lodowcem wyglądała na dosyć dziwną. Zamiast błękitnego śniegu i lodu, pełno było wszędzie czarnego żużla. To właśnie było atrakcją, której nie spotkamy nigdzie indziej. 500 lat temu na szczyt lodowca spadły popioły wulkaniczne. Przykrywane kolejnymi warstwami zeszły na spód i potem wylazły na czoło zmarźliny. Teraz topią się 500-letnie pokłady. Na dodatek proces topnienia jest bardziej skomplikowany, bo agreguje popioły w stożki. Po prostu popiół działa jako izolator na cześć lodu i powoduje nierównomierne jego znikanie.

Na koniec obejrzeliśmy wodospad Seljaladsfoss (60m). Genialne miejsce do fotografowania! Wodospad daje się obejść niejako dookoła, ponieważ skała, z której spada, jest podmyta (wcięta). Reszta grupy już się trochę spieszyłą na kolację do nadmorskiej knajpy na owoce morza, więc zdjęć zrobiłem tylko kilka, ale nawet te z Olympusa 1030 wyszły całkiem przyzwoicie. A swoją drogą to owoce morza na Islandii polecam. Pycha!

W Islandii mieszka aktualnie ok.10 tys. Polaków. Gdyby nie kryzys i krach ekonomiczny, to by było naprawdę fajne miejsce. Przynajmniej latem. Ponurkować można, są łowiska łososiowe. Dla amatorów ciszy i spokoju, to prawdziwy raj. Mógłby chyba choć trochę zastąpić Nową Zelandię :)

Valid XHTML 1.0!

Copyright © 1999-2016 Adam Pawtel (abyss@pawtel.pl)

Poprawny CSS!

statystyka